HistoriaPolskie imperium kolonialne

Polskie imperium kolonialne

Pieszy, paramilitarny oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej mający pełnić służbę na przyszłych koloniach Polski. Parada w Toruniu w 1939 r.
Pieszy, paramilitarny oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej mający pełnić służbę na przyszłych koloniach Polski. Parada w Toruniu w 1939 r. / Źródło: NAC
Dodano 2
Kamerun, Madagaskar, Angola, Argentyna, Liberia, a nawet Antarktyda - to tylko wybrane miejsca, w których Polacy chcieli zakładać kolonie. Czy II RP mogła zdobyć terytoria zamorskie i stać się potęgą?

„Naszym celem jest dążenie do wielkiego rozwoju mocarstwowego Polski – mówił gen. Gustaw Orlicz-Dreszer – która dzisiaj przekracza znacznie ramy własnego państwa i posiada prawo, dzięki wielomilionowej ekspansji ludnościowej i jej pracy na terenie innych państw i kolonii, do przetworzenia się z państwa europejskiego w państwo światowe – wzorem innych wielkich narodów”.

Generał Orlicz-Dreszer stał na czele Ligi Morskiej i Kolonialnej. Organizacja ta zajmowała się koordynowaniem działań zmierzających do pozyskania przez Polskę terytoriów zamorskich. Liga miała w przedwojennej Polsce wielkie wpływy i jeszcze większą liczbę członków. W 1939 r. było ich już milion, skupieni byli w ponad 300 regionalnych oddziałach.

Organizacja urządzała huczne obchody Święta Morza, parady i happeningi, podczas których jej członkowie przebierali się za Murzynów (smarowali twarze pastą do butów) i kolonizatorów. Maszerowali ulicami miast i miasteczek z transparentami: „Żądamy kolonii zamorskich dla Polski” lub „Kolonie gwarancją mocarstwowej pozycji Rzeczypospolitej”.

Część uszyła sobie nawet mundury wzorowane na angielskich uniformach kolonialnych i korkowe hełmy, do których przypięła orzełki. Aby wykształcić kadry dla przyszłych kolonii, Liga planowała otworzyć Polską Szkołę Nauk Kolonialnych.

Chociaż dziś marzenia o zdobyciu terytoriów zamorskich snute przez obywateli państwa, które niedługo samo na ponad pół wieku miało stać się kolonią, wydają się śmieszne, wówczas traktowano je bardzo serio.

Nowa Polska

Wszystko zaczęło się w połowie XIX w. Pierwszy był Adam Piotr Mierosławski – brat słynnego rewolucjonisty Ludwika. W 1841 r. na Oceanie Indyjskim „odkrył” on niewielką wysepkę – Nowy Amsterdam. Słowo „odkrył” umieściłem w cudzysłowie, bo wyspa była znana podróżnikom już wcześniej. Mimo to Mierosławski uznał ją za swoją własność i zamierzał wywiesić na niej biało-czerwoną flagę. Zmienił jednak zdanie i rzucił się w wir europejskich rewolucji. Zmarł 10 lat później, a Nowy Amsterdam do dziś należy do Francji, której Polak był obywatelem.

Wydarzenia nabrały tempa pod koniec XIX w., gdy zaczytana w Kiplingu Europa znalazła się w kolonialnej gorączce. Zafascynowani Orientem mieszkańcy Starego Kontynentu z zapartym tchem śledzili rywalizację mocarstw na dalekich lądach. Mania ta nie ominęła Polski.

W 1875 r. Piotr Aleksander Wereszczyński wydał w Krakowie broszurę, w której rzucił myśl założenia Nowej Polski Niepodległej na wyspach Oceanu Spokojnego. Uważał, że skoro Polacy nie mają szans na zwycięstwo nad trzema potęgami zaborczymi, należy zacząć wszystko od nowa, w jakimś spokojniejszym miejscu świata. Padło na Nową Gwineę, Nową Irlandię i Nową Brytanię.

Jedyny problem stanowili ich rdzenni mieszkańcy, czyli Papuasi, ale z nimi, jak przekonywał Wereszczyński, można sobie było łatwo poradzić. Szczególnie że postulował on, aby na Pacyfik przeprowadził się... cały naród polski. Koszt całej operacji jej pomysłodawca szacował na 227 tys. rubli, a w wersji oszczędnej na 180 tys.

Oczywiście z kuriozalnego przedsięwzięcia nic nie wyszło. Znacznie poważniej wyglądała inicjatywa Stefana Szolc-Rogozińskiego. W 1882 r., zebrawszy w Warszawie fundusze na „narodową wyprawę”, ruszył wraz z towarzyszami w stronę Czarnego Lądu. Panowie za tużurek, cylinder i trzy skrzynki dżinu kupili od tubylców wyspę Mondoleh leżącą u wybrzeży Kamerunu. Następnie założyli w Kamerunie coś w rodzaju polskiej kolonii. Twór ten nie ostał się jednak długo, ziemię tę wkrótce przejęli Niemcy.

Chociaż wyprawa Szolc-Rogozińskiego zakończyła się klapą, zapłodniła wyobraźnię szerokich rzesz Polaków. Młodzież polska na początku XX w. z wypiekami na twarzy pożerała „W pustyni i w puszczy”, w której mogła znaleźć choćby taki fragment:

„Staś z wysokości grzbietu Kinga pilnował porządku, wydawał rozkazy i z dumą spoglądał na swoją małą armię.
– Gdybym chciał – mówił sobie – to mógłbym tu zostać królem nad wszystkimi ludami Doko – tak jak Beniowski na Madagaskarze!
I przez głowę przeleciała mu myśl, czyby nie dobrze było wrócić tu kiedy, podbić wielki obszar kraju, ucywilizować Murzynów, założyć w tych stronach nową Polskę albo nawet ruszyć kiedyś na czele czarnych wyćwiczonych zastępów do starej”.

Scheda po Rzeszy

Do prób realizacji podobnych pomysłów Polacy przystąpili po odzyskaniu niepodległości. Po raz pierwszy sprawę formalnie postawiono po zakończeniu I wojny światowej na forum Ligi Narodów. Rozważano tam przyznanie Rzeczypospolitej mandatu nad byłymi niemieckimi koloniami: Togo i Kamerunem.

Polacy argumentowali, że skoro część Polski wchodziła w skład Cesarstwa Niemieckiego, to należy jej się co najmniej 10 proc. odebranych mu egzotycznych terytoriów. Sugestie te zostały odrzucone przez istniejące imperia kolonialne, które nie życzyły sobie nowego konkurenta do panowania nad „dzikimi ludami”. Niemieckie posiadłości zostały podzielone pomiędzy Francję, Wielką Brytanię, Japonię, Belgię i Portugalię. Polska obeszła się smakiem.

Niezrażeni porażką polscy „kolonizatorzy” snuli kolejne projekty. A było tego naprawdę sporo. Planowano odebrać Portugalii Angolę (zbrojnie!) i Mozambik. A także osiedlić polskich osadników w Gwinei Francuskiej oraz Francuskiej Afryce Równikowej. Myślano o Rodezji, w której – według legendy – bracia Kazimierz i Stanisław Stelbeccy pod koniec XIX w. mieli stać się władcami „murzyńskiego państewka”.

Wystąpiono nawet z roszczeniem do Trynidadu i Tobago oraz Gambii, które w XVII w. były koloniami Kurlandii. A więc ówczesnego lenna Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W marcu 1939 r. pojawił się nawet pomysł wykrojenia polskiego sektora na Antarktydzie...

Chociaż polski rząd oficjalnie nie wspierał postulatów Ligi Morskiej i Kolonialnej, obecność w jej strukturach wielu sanacyjnych prominentów odbierano jako dowód na to, że działalność organizacji jest przez władze mile widziana. Szczególnie że Liga utrzymywała się z hojnych państwowych subwencji.

Madagaskar od Francji

Polscy kolonizatorzy planowali również uzyskać od Francji Madagaskar. Projekt był na tyle zaawansowany, że na wyspę pojechała komisja, na której czele stał były adiutant Józefa Piłsudskiego, Mieczysław Lepecki. Powoływano się na osobę konfederaty barskiego Maurycego Beniowskiego, który trafił na wyspę w XVIII w. i został przez tubylców obwołany cesarzem Maurycym Augustem I. Część endeków pod koniec lat 30. widziała zaś w pozyskaniu wyspy szansę na wysłanie tam „nadmiaru” Żydów.

Wszystko to wywoływało przerażenie francuskiej prasy. „Madagaskar polską kolonią? Nigdy!”, „Nie chcemy na Madagaskarze polskich Żydów!” – krzyczały tytuły paryskich gazet.

Najciekawsza i najbardziej zaawansowana była inicjatywa skolonizowania Liberii, państwa założonego przez wyzwolonych amerykańskich niewolników. W 1934 r. Liga podpisała umowę z tym krajem, na mocy której miał on się stać polskim protektoratem. Miał znajdować się w niej tajny aneks, na mocy którego Rzeczpospolita, na wypadek wojny w Europie, mogła przeprowadzić w Liberii rekrutację 100 tys. Murzynów do Wojska Polskiego.

Jeden z czołowych urzędników MSZ Wiktor Tomir Drymmer wspominał: „Nie minęło wiele miesięcy, jak zgłosił się do mnie z wizytą oficjalną czarny pan, konsul generalny Liberii.

Po zakończeniu wizyty oficjalnej, już na odchodnym, zapytał mnie, ile i gdzie będzie pobierał pensji. Odpowiedziałem mu, że to jest sprawa jego rządu. Po dłuższej rozmowie okazało się, że według interpretacji liberyjskiej to Polska powinna mu płacić.

W Lidze Morskiej i Kolonialnej nie mogłem nic wyjaśnić, autorów umów już nie było, pływali na jakimś statku. Dokumentu nie można było odnaleźć, wreszcie zdecydowałem się na wypłacenie panu konsulowi – by nie kompromitować polskich władz – 600 zł miesięcznie”.

Aby umowie nadać konkretną treść, do Liberii w 1934 r. wyruszył statek „Poznań”. Wziął na pokład worki z cementem, emaliowane nocniki i inne towary, które miały znaleźć nabywców na nowym terytorium. Do tego kilku uczonych, którzy mieli osuszyć liberyjskie błota (!), i plantatorów, którzy mieli założyć tam polskie farmy oraz plantacje.

Wyprawa została potraktowana wrogo przez mocarstwa kolonialne. Szczególnie zaniepokojeni byli Amerykanie. „Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę” – pisał „Pittsburgh Courier”. Ukazujący się w Ghanie „African Morning Post” dodawał zaś z przekąsem: „Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju”.

Amerykańska prasa rozpisywała się o karabinach maszynowych i granatach, które Polacy rzekomo przemycali do Liberii, aby dokonać zamachu stanu i opanować Liberię. Oliwy do ognia dodawały polskie gazety. „Liberię można już uważać niemal za polską kolonię” – stwierdził w 1935 r. „Ilustrowany Kurier Codzienny”.

Oczywiście nic z tego nie wyszło. Najbardziej fatalna okazała się całkowita nieznajomość Polaków w kwestii uprawiania roli w warunkach tropikalnych. Polskich pionierów cięły komary i gnębiła malaria, a farmy zostały spustoszone przez szarańcze. Pomysł na krótko przed wojną umarł śmiercią naturalną.

Zarośla, robactwo i moskity

Niewiele lepiej niż w Afryce Polakom poszło w Ameryce Południowej. Na początku lat 30. Liga podjęła próbę kolonizacji brazylijskiego stanu Parana. W tym przypadku chodziło o rozwiązanie przeludnienia polskiej wsi i związanego z nim problemu nadmiaru rąk do pracy.

„Musimy wyjść z dotychczasowego zaścianka w dziedzinie polityki emigracyjnej i śmiało wypłynąć na dalekie i głębokie wody ekspansji narodowej – przekonywał w 1929 r. dyrektor polskiego Urzędu Emigracyjnego Bolesław Nakoniecznikoff. – Dzisiaj Polska kroczy w grupie czołowej narodów. Od naszych wspólnych wysiłków zależy, aby w tej czołowej grupie nie dać się zdystansować”.

Polacy wykupili w Paranie grubo ponad 200 tys. ha i przeznaczyli je do podziału na działki dla ściąganych z kraju osadników. Akcję udaremnił brazylijski rząd, który obawiał się, że Polacy będą próbowali oderwać Paranę od ich państwa.

Fiaskiem zakończyła się również próba stworzenia „kolonii” w Argentynie. Polscy włościanie, którzy zdecydowali się na szukanie szczęścia za oceanem, nie kryli rozczarowania.

„Dżungla była gęsta, pełna pokrzyw i innych zarośli, przeróżnego robactwa, moskitów – pisała w liście jedna z kolonistek Kazimiera Kotur. – Trzeba było nakładać na siebie kilka warstw odzieży, ale ugryzienia moskitów i tak raniły. Dzieci pracowały razem z rodzicami, piłowały drewno.

Żywność była uboga w mięso i pierwszych zbiorów było mało, tylko żeby przeżyć. Kawę piło się bez cukru, robiono ją z prażonych i mielonych ręcznie ziaren soi. Dziadkowie czasami myśleli na głos po polsku, że uciekli przed jedną wojną, a dopadła ich druga”.

W II RP wierzono jednak, że kolonie dostarczą Polsce tak przez nią pożądanych surowców, które pozwoliłyby na dalszy rozwój przemysłu. Panujące wówczas nastroje w znakomity sposób oddaje wydana w 1939 r. „Sztafeta”, słynna książka Melchiora Wańkowicza o rozwoju gospodarczym II RP.

„Bez kolonii własnych nasze dążenia będą połowiczne – pisał Wańkowicz. – Będziemy zależni w najżywotniejszych interesach od innych. Rozumiemy, że to jest ciężkie zadanie, ale też rozumiemy, że to jest konieczność dziejowa, bez której nie ma rozwoju Polski.

Rozumiemy, że nikt nam darmo nie da tych kolonii, że jesteśmy biednym społeczeństwem, że inne narody również darmo nie otrzymały swoich kolonii, że na przykład Anglia toczyła o nie w ciągu 120 lat (1688–1815) 64 lata wojny, że w ciągu ostatnich 100 lat wysłała za morza 20 milionów ludzi. Ale właśnie ludzi my mamy, jest to wielki nasz skarb, a jak dotychczas – wielkie nasze nieszczęście.

Pamiętajmy, że rozrastamy się, gdy inni stoją w miejscu. Pamiętajmy, że wszystko zależy od nas samych, od naszej psychiki. Gdy spojrzeć na ten COP wiadomym sposobem – przez dziurę wywierconą w nieheblowanym zydlu – widzimy to drugie jego oblicze, oblicze przemysłu bez surowców. Płyńmy dalej...”.

Polska Republika Afrykańska

Warto na koniec zadać pytanie, czy gdybyśmy w latach 20. lub 30. zdobyli jakąś kolonię, nasza sytuacja polityczna podczas II wojny światowej byłaby inna? Pewne jest, że ze względu na panowanie na morzach aliantów zachodnich nie byłoby mowy o tym, by Niemcy położyli łapę na polskim terytorium zamorskim. Pozostałoby więc pod kontrolą naszego rządu na emigracji.

Polska kolonia stanowiłaby zaplecze dla Polaków walczących na Zachodzie, tak jak francuskie kolonie stanowiły zaplecze dla gen. Charles’a de Gaulle’a. W polskiej kolonii można byłoby tworzyć oddziały Polskich Sił Zbrojnych. Złożone zarówno ze spływających na jej terytorium z całego świata polskich ochotników, jak i ludności miejscowej. W portach takiej kolonii mogłyby cumować polskie okręty wojenne.

Puszczając dalej wodze wyobraźni, warto zastanowić się, co by się stało z polską kolonią po zakończeniu II wojny światowej? Gdy Polska dostała się pod sowiecką okupację, właśnie na tym terytorium zamorskim mogłaby trwać namiastka niepodległej Rzeczypospolitej. Z jej rządem, ze szkołami i z wolną prasą.

Zamieszkać tam mogliby byli żołnierze Andersa oraz inni Polacy, którzy po wojnie nie chcieli wracać do PRL i rozproszyli się po całym świecie. Być może taki twór – nazwijmy go Polską Republiką Afrykańską (PRA) – przetrwałby aż do momentu, gdy Rzeczpospolita odzyskała niepodległość? Wtedy rok 1989 wyglądałby zupełnie inaczej.

„Nie będzie to poprawne, co powiem – pisał Marek Arpad Kowalski w świetnej książce »Kolonie Rzeczypospolitej«. – Ale szkoda, że Polska nie miała kolonii. Że zaniechała morskich zdobyczy. Że zaniechała morskiej ekspansji dającej szeroki oddech. Że nigdy nie miała żadnych zamorskich faktorii w Afryce, Ameryce, Azji, wszystko jedno gdzie. Może gdyby trafił się Polsce taki epizod, nieco inaczej by ukształtował naszą mentalność.

Może zwiększyłby przedsiębiorczość Polaków, ich dzielność życiową, przekształcając kult klęski w kult rozumnej i wyrachowanej walki. Czci się u nas poległych bohaterów, zapomina się o bohaterach, którzy przeżyli. Czy może być bohaterem uczony, konstruktor, wynalazca? Może nauczyłby taki epizod szacunku dla gospodarki, dla zimnego obliczania szans. Na pewno nieco inaczej potoczyłyby się nasze dzieje. Może lepiej”.

/ mba
Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2015
Artykuł został opublikowany w 7/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • Sebastian IP
    Pan z mauserem chyba jednak nie jest "czarnoskóry" ;)
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • @mchlrj IP
      Pytanie na ile to w ogóle było rzeczywiste, czy te zamiary były w ogóle znane na Zachodzie? Bo jeżeli było rzeczywiste i zamiary były znane, to rozpatrzyłbym przypuszczenie, że II wojna światowa potoczyła się tak, a nie inaczej, bo celem było wyniszczenie Europy Środkowej, a nie tylko samych Niemiec. Celem kręgów londyńskich mogło być wywołanie wojny między Polską a Niemcami, aby te dwa kraje nie weszły w porozumienie i nawzajem się wyniszczyły.
      Dodaj odpowiedź 3 0
        Odpowiedzi: 0

      Czytaj także