"Życie niewarte życia". Niemcy zabili w Chełmie 400 chorych psychicznie
  • Anna SzczepańskaAutor:Anna Szczepańska

"Życie niewarte życia". Niemcy zabili w Chełmie 400 chorych psychicznie

Dodano: 10
Szpital psychiatryczny w Chełmie
Szpital psychiatryczny w Chełmie Źródło: NAC
Niemiecka zbrodnia w szpitalu psychiatrycznym w Chełmie to tylko jedna z popełnionych z zimną krwią zbrodni, dokonana przez Niemców w ramach Akcji T4 - akcji likwidacyjnej wszystkich ludzi „niewartych życia”. Ich mordowanie określano eufemistycznie jako „skrócenie cierpień”. 12 stycznia 1940 roku Niemcy zamordowali około 400 pacjentów szpitala psychiatrycznego w Chełmie.

Zabicie 400 osób chorych przebywających w szpitalu psychiatrycznym w Chełmie wpisywało się w politykę, którą Niemcy prowadzili także na terenie własnego państwa. Władze III Rzeszy dążyły bowiem do eksterminacji wszystkich osób chorych i niepełnosprawnych. Osoby te były oficjalnie określane jako „ludzie niewarci życia”.

Akcja T4

Zamordowanie chorych pacjentów z Chełma było tylko jedną ze zbrodni, o której zdecydowano na najwyższych kręgach niemieckich władz. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że eksterminacja chorych i niepełnosprawnych nie miała miejsca wyłącznie na terenach okupowanych przez Niemców. Już wcześniej bowiem władze niemieckie dążyły do likwidacji wszystkich chorych we własnym narodzie. Niemcy miały być państwem wzorowym, gdzie nie ma miejsca na słabość i fizyczne bądź psychiczne ułomności. Wszyscy, których los dotknął kalectwem lub nieuleczalną chorobą, mieli zostać zabici.

Latem 1939 roku Theo Morell, osobisty lekarz Hitlera, przygotował na jego prośbę memoriał pt. „Likwidacja istot niewartych życia”. Szefem programu „Akcja T4” został szef kancelarii Hitlera, SS-Obergruppenführer Philipp Bouhler. Ostateczna decyzja o przeprowadzeniu Akcji T4 zapadała podczas narady w, istniejącym do dzisiaj, Grand Hotelu w Sopocie 20 lub 21 września 1939 roku.

Phillip Bouhler, szef Akcji T4

Aktion T4 lub E-Aktion (Akcja T4) był to program eksterminacji chorych i niepełnosprawnych, czyli „eliminacji życia niewartego życia” (niem. Vernichtung von lebensunwertem Leben). Nazwa akcji pochodziła od adresu biura znajdującego się przy Tiergartenstrasse 4 w Berlinie, gdzie mieściła się Państwowa Wspólnota Pracy Rzeszy na rzecz Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych, czyli instytucja pełniąca rolę sztabu akcji. Całe „przedsięwzięcie” kierowane było przez Kancelarię Führera. Zaangażowani w nią byli nie tylko Hitler, jego kancelaria oraz SS, ale również tysiące lekarzy, pielęgniarek i innego personelu medycznego. Nieliczni próbowali zapobiec masowej eksterminacji bezbronnych ludzi, jednak wielu lekarzy bez mrugnięcia okiem poddało się niemieckiej, państwowej polityce uśmiercania nieuleczalnie chorych pacjentów.

Niemcy, którzy zaangażowani byli w Akcję T4, nawet między sobą wobec mordowania ludzi używali eufemizmów w rodzaju „zakończenia cierpień”, czy „łaskawej śmierci”.

Trudno nie odnieść wrażenia, że podobne metody stosowane są także dzisiaj – przez ludzi, którzy promują „cywilizację śmierci”, eutanazję i aborcję. Współcześnie zabicie starszej, schorowanej osoby określane jest czasem jako „łaska” czy przejaw litości, zaś zamordowanie nienarodzonego dziecka, zwłaszcza, jeśli istnieje przesłanka, że może ono urodzić się chore, tłumaczone jest miłosierdziem i uniknięciem niepotrzebnych cierpień. Argumenty te stosują zwłaszcza ci, którzy przy innej okazji, mianem „faszystów” określają swoich prawicowych oponentów. Sami jednak – choć większość zapewne bezwiednie – czerpią wzory z czasów nazistowskich Niemiec.

*

Eksterminacja chorych i niepełnosprawnych miała, po pierwsze, wymiar ideologiczny: należało bowiem zabić wszystkich, którzy nieśli ze sobą „balast” potencjalnej choroby genetycznej, a zarazem utrzymać przy życiu tylko „czystych rasowo”; a po drugie wymiar ekonomiczny: eksterminacja osób chorych „odciążała” bowiem personel medyczny potrzebny w czasie wojny, a także dawała możliwość zaoszczędzenia żywności, wartej więcej podczas konfliktu, który Hitler wywołał.

W Niemczech cała akcja przeprowadzona była na pół oficjalnie. Rodzina mordowanych w ramach akcji T4 osób, była informowana o zgonie z przyczyn naturalnych. Obawiano się buntów, więc o faktycznym celu operacji wiedzieli stosunkowo nieliczni, głównie lekarze i pielęgniarki, spośród których sprzeciw wyraziła w zasadzie tylko garstka, głównie ci pochodzący z kręgów katolickich.

Niepełnosprawne dzieci, Schönbrunn

Pod koniec września/na początku października 1939 roku, akcja T4 przeniosła się na ziemie okupowane, najpierw do Polski. Na terenie naszego kraju Niemcy nie musieli martwić się o tajność operacji, toteż eksterminację chorych i niepełnosprawnych nadzorowało Gestapo oraz SS.

Początkowo, zarówno na terenie Niemiec, jak terenów okupowanych, ludzi zabijano poprzez podanie zastrzyku zawierającego śmiertelną dawkę barbituranów lub morfiny. Z czasem zabijanie poprzez zastrzyk uznano za mało efektywne, zaczęto więc szukać innych metod masowych mordów. Niemcy zaczęli wtedy przeprowadzać eksperymenty z trującymi gazami, jak tlenek węgla, spaliny samochodowe i cyjanowodór. Na potrzeby Akcji T4 wybudowano pierwsze stacjonarne komory gazowe, a także „mobilne” komory gazowe, które z zewnątrz wyglądały jak wozy meblowe. Pierwszy raz ruchomą komorę gazową zastosowano w szpitalu w Owińsku. Zastosowano ją również w Łodzi, gdzie latem 1940 roku zginęli pacjenci szpitala „Kochanówek”. Ponadto, około 250 osób wywieziono wówczas z Łodzi do lasu lućmierskiego koło Zgierza, gdzie wszystkich rozstrzelano.

Stosowane przez Niemców metody mordowania chorych ludzi były zarazem swego rodzaju eksperymentem. Sprawdzano, w jaki sposób da się mordować na wielką skalę. To, czego wówczas się „nauczono” wykorzystano później w czasie organizacji obozów koncentracyjnych, obozów zagłady i przeprowadzenia Holocaustu.

Na terenie Polski Niemcy nie musieli kryć się z tym, co robili z osobami chorymi. Oprócz mordowania w komorach gazowych, stosowano najbardziej „konwencjonalną” metodę, a więc zabijano poprzez rozstrzelanie. Do takich zbrodni dochodziło w wielu miejscach naszego kraju. Jednym z nich był szpital psychiatryczny w Chełmie.

Szpital psychiatryczny w Chełmie. Niemiecka zbrodnia

Szpital psychiatryczny w Chełmie znajdował się w gmachu wybudowanym w 1912 roku przez zaborcze władze rosyjskie. Szpital dla nerwowo chorych powstał w tym budynku w roku 1932. Znajdowało się w nim miejsce dla ponad 400 pacjentów.

6 stycznia 1940 roku do szpitala w Chełmie przyjechała z Lublina komisja składająca się z oficera SS i podoficera SS nazwiskiem Białas vel Bielisch. Po szpitalu zostali oprowadzeni przez pełniącą obowiązki dyrektora dr Gizelę Madziarską. Niemcy interesowali się wszystkimi pomieszczeniami, zarówno samym szpitalem, jak budynkami gospodarczymi i otoczeniem gmachu. Prawdopodobnie domagali się już wówczas opuszczenia placówki przez personel, lecz ci nie zgodzili się porzucić pacjentów.

Madziarska domyślała się, co Niemcy planują zrobić. Lekarze i pielęgniarki zaczęli zastanawić się, jak ukryć pacjentów lub, w jaki sposób poinformować rodziny, aby zabrali swoich bliskich do domów. Niemcy nie zgodzili się jednak na żadne zawiadamianie rodzin, po czym… skonfiskowali nawet całą żywność, jaka znajdowała się w szpitalu.

Szpital w Chełmie

Kilka dni później, 12 stycznia 1940 roku, do szpitala w Chełmie przybył oddział żołnierzy SS. Budynek został otoczony przez żołnierzy, rozstawiono karabiny maszynowe. Oficer dowodzący rozkazał zebrać cały personel medyczny i wszystkich pracowników szpitala na zewnątrz. Spośród nich wybrano 10 pielęgniarzy, którym kazano wrócić do środka i zostać przy pacjentach. Jednym z nich, „dziwnym trafem” ochotnik, był niejaki Jan Borzyszkowski, najprawdopodobniej donosiciel, który niedługo po wydarzeniach w szpitalu wstąpił do Gestapo.

Cały personel szpitala otrzymał rozkaz jak najszybszego opuszczenia terenu szpitala. „Biegnijcie, ile sił w nogach, i nie ważcie się oglądać za siebie” – usłyszano. Ci, którzy protestowali, zostali pobici. Tak, jak rozkazano, ludzie ci ruszyli więc przed siebie.

W budynku pozostali tylko pacjenci oraz mieszkający w gmachu ordynator oddziału męskiego dr Telesfor Reichel z rodziną, którego córka była wówczas bardzo chora. Niemcy pozwolili mu zostać, lecz miał zasłonić okna i nie opuszczać mieszkania dopóki nie otrzyma pozwolenia. Dzięki Reichelowi udało się jeszcze uratować kilku pacjentów, których ordynator zarekomendował jako „całkiem zdrowych”. Te osoby zostały wypuszczone.

Wyznaczeni wcześniej pielęgniarze otrzymali rozkaz wyprowadzania po 10 pacjentów z budynku szpitala. Ci, kiedy tylko wychodzili na zewnątrz, byli mordowani serią z karabinów maszynowych. Początkowo chorzy wychodzili ze szpitala potulnie, jakby nie przeczuwając, co za chwilę nastąpi. Trwało to jednak krótko, gdyż wiele osób wpadło w panikę, zaczęło uciekać. Niemcy wpadli więc do środka i zaczęli gonić ludzi po szpitalnych korytarzach. Niektórych zabijano we własnych łóżkach, innych wyrzucano przez okna, aby na ziemi dobijać ich strzałem z karabinu.

Pacjenci szpitala w Chełmie

Na początku mordowano chorych dorosłych. Ostatnie „w kolejce” były dzieci, których wyłapanie było najtrudniejsze. Większość zaczęła w panice szukać jakiejkolwiek kryjówki. Niemcy przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, mordując dzieci pochowane pod łóżkami i w szafach. Niektóre wyprowadzano na zewnątrz, gdzie mordowano je serią z broni maszynowej.

12 marca 1940 roku w szpitalu psychiatrycznym w Chełmie Niemcy zamordowali około 400 osób. Następnego dnia niemieccy kaci rozkazali pielęgniarzom zebrać ciała i przewieźć je do masowego grobu, którym był znajdujący się niedaleko lej po bombie. Ciała posypano wapnem i zasypano śniegiem, gdyż ziemia była zbyt zamarznięta. Grób zasypano piaskiem dopiero wiosną, podczas roztopów.

Już trzy dni później, w uprzątniętym, wciąż przez tych samych wyznaczonych przez Niemców pielęgniarzy, szpitalu, zamieszkali ci, którzy dokonali zbrodni na chorych. Budynek szpitala w Chełmie został siedzibą SS.

Leszek Janeczek, autor artykułu „Zapomniana tragedia Szpitala Psychiatrycznego” podaje, że po wymordowaniu niemal wszystkich pacjentów szpitala w Chełmie zdarzyło się, że rezydujący tam Niemcy jeszcze trzykrotnie zabili osoby chore: trzykrotnie bowiem do szpitala przywozili swoje dzieci rodzice, niewiedzący nic o tragedii, jaka miała tam miejsce. Niemcy mieli wówczas przebierać się za sanitariuszy i przyjmować „pacjentów”. Kiedy rodzina odjeżdżała, chore osoby natychmiast mordowano.

Na szpitalu w Chełmie Niemcy zarobili ponadto około 350 tysięcy marek. Jak podaje dr Janeczek: Niemcy odbierali chorych umysłowo ich rodzinom (każąc za to płacić) informując, że wysyłają ich na leczenie do szpitala w Chełmie. W rzeczywistości ludzi tych mordowano znacznie szybciej, zapewne jeszcze na terenie Niemiec. Po jakimś czasie z Chełma wysyłano do rodzin powiadomienie, że ich bliscy umarli „z przyczyn naturalnych”.

Dokumentacja szpitalna została całkowicie zniszczona przez Niemców. Po wojnie udało się poznać nazwiska zaledwie 22 dorosłych i 17 zabitych dzieci. W budynku poszpitalnym stworzono siedzibę SS, później Gestapo, a w 1941 roku szpital wojskowy. Po wojnie utworzono tam Liceum Pielęgniarstwa i oddziały zabiegowe szpitala. Zbiorowa mogiła znajduje się 150 metrów od szpitala. Miejsce to upamiętnia krzyż i tablica.

Czytaj też:
Las w miejsce mogił, palenie żywcem, burzone krematoria. Jak Niemcy tuszowali swoje zbrodnie
Czytaj też:
Akcja T4, czyli eutanazja w III Rzeszy. Niemcy masowo mordowali nieuleczalnie chorych
Czytaj też:
Jedwabne. Wstrząsające odkrycie niemieckiej zbrodni na Polakach

Źródło: DoRzeczy.pl / medicus.lublin.pl
 10