Historia pewnego listu

Historia pewnego listu

Dodano: 2
Warszawa, 1989 r. Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa w Sejmie
Warszawa, 1989 r. Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa w Sejmie Źródło: PAP / Marek Langda
Grzegorz Majchrzak | Czterdzieści lat temu Lech Wałęsa napisał słynny list „kaprala do generała”, czyli pismo do Wojciecha Jaruzelskiego. Jakie były okoliczności powstania tego pisma?

W „Dzienniku Telewizyjnym” 11 listopada 1982 r. o godz. 17 poinformowano o spotkaniu ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka z internowanym Lechem Wałęsą oraz o wystąpieniu szefa MSW o uwolnienie jego rozmówcy. Odczytano również krótki list przewodniczącego Solidarności do I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i premiera Wojciecha Jaruzelskiego. Brzmiał on tak: „Wydaje mi się, że nadchodzi już czas wyjaśniania niektórych spraw i działania w kierunku porozumienia. Trzeba było czasu, aby wielu zrozumiało, co można i na ile można jeszcze po obu stronach. Proponuję spotkanie i poważne przedyskutowanie interesujących tematów, a rozwiązanie przy dobrej woli na pewno znajdziemy”. I przeszedł do historii jako „list kaprala do generała”, gdyż Wałęsa posłużył się w jego przypadku stopniami wojskowymi, a nie pełnionymi funkcjami.

List ten powstał trzy dni wcześniej, a z jego ujawnieniem czekano na dogodny moment – takim okazała się śmierć 10 listopada Leonida Breżniewa, stojącego na czele Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, która miała (przynajmniej na „jakiś czas”) przesłonić opinii (głównie zagranicznej, a także częściowo krajowej) wydarzenia w Polsce. Nie był to jednak jedyny powód – PRL-owskie władze starały się, i to dość intensywnie, o inną, bardziej korzystną z ich punktu widzenia formę listu.

Dlaczego przewodniczący Solidarności zdecydował się na jego napisanie? Otóż na dzień 10 listopada 1982 r. władze podziemnego związku, czyli Tymczasowa Komisja Koordynacyjna, zapowiedziały protest przeciwko delegalizacji NSZZ „Solidarność”. Miał on polegać nie tylko na kilkugodzinnych strajkach, lecz także na manifestacjach ulicznych, których przebiegu nikt nie był w stanie przewidzieć. Lech Wałęsa ewidentnie obawiał się powtórki z 31 sierpnia 1982 r. Jak po latach wspominał w swojej autobiografii: „Krwi, która nie przyniesie rozwiązań, a obciąży także moje konto…”. Niewykluczone, że był również drugi, bardziej prozaiczny powód napisania przez niego listu – jego obawa o swój stan zdrowia. Otóż przewodniczący Solidarności miał – według słów jednego z pilnujących go funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu – stwierdzić dzień po jego napisaniu: „Prawdopodobnie mam raka pod lewą małżowiną ucha”. Z kolei sygnowanie przez niego listu nie jako przez przewodniczącego związku miało umożliwić jego publikację. Z drugiej strony nie chciał i nie mógł występować – jak chciały PRL-owskie władze – jako osoba prywatna. Wybrał zatem „rozwiązanie dość komiczne, ale do zaakceptowania w ówczesnych okolicznościach”.

Cały artykuł dostępny jest w 48/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

 2