Na granicach swoich dóbr postawił Zamoyski tablice z napisem: „Państwo Zakopiańskie”. Hohenlohe kazał je usunąć. Od tego się zaczęło. Obaj zaczęli wytaczać sobie procesy o naruszenie posiadania. Hohenlohe zaangażował w obronę spornego terytorium żandarmów węgierskich, a to już oznaczało upolitycznienie konfliktu i jego umiędzynarodowienie. Chociaż miał miejsce w obrębie ten samej monarchii, to chodziło obu stronom sporu o to, by granica ich dóbr była jednocześnie granicą polityczną między jej częściami składowymi – Węgrami i Austrią.
Anonimowy autor „Listu poufnego” przeznaczonego dla posłów we Lwowie i w Wiedniu, wydanego około 1892 r. – być może był nim sam Zamoyski – pisał, że żandarmi węgierscy nie dopuścili nań galicyjskich urzędników sądowych. Zauważał, że z kolei żandarmi galicyjscy „sami Niemcy niemówiący po polsku bratali się z Niemcami Hohenlohego, z nas i naszych praw drwiąc i urągając, chłopów uczyli, by dali spokój skargom, bo i tak na nic się nie zdadzą”. Chłopami nazwał autor górali Nowobilskich z Białki, którzy na mocy przywileju Jana Kazimierza mieli prawo wypasu nad Morskim Okiem i byli posiadaczami większości spornego terenu.
Tną, rąbią i topią
Zamoyski pragnąc udowodnić swoje prawo do terenu, a zarazem przynależność do Galicji, pozwalał góralom kłusować. Rzecz szła o to, by sąd w Nowym Targu ich ukarał, co oznaczałoby, że sporny teren znajduje się w gestii władz galicyjskich, nie zaś węgierskich. Rzecz jasna, zarząd dóbr zakopiańskich zwracał góralom sumę, na zapłacenie której zostali skazani, i jeszcze ich wynagradzał.
Hohenlohe wbrew zakazowi wykonywania prawa własności na spornym terenie kazał niszczyć ścieżki wokół Morskiego Oka, postanowił budować tam domy myśliwskie i schroniska dla żandarmerii. Pozostawienie ich w spokoju oznaczałoby faktyczne zaakceptowanie własności niemieckiego księcia.
Gdy w 1890 r. powstał posterunek dla żandarmerii, to – jak pisał leśniczy Władysław Bieńkowski, świadek i uczestnik sporu – górale „nie rozkoszowali się długo architekturą nowej budowli, ale zaraz przygotowane piły puścili w ruch, a w niespełna godzinę pływały przepołowione belki niedoszłego schroniska po modrych falach Morskiego Oka”. Kolejny budynek dla żandarmów nie postał zbyt długo, o czym Bieńkowski pisze z nieskrywaną ironią: „Zaszedł jakiś vis maior, że schronisko się spaliło. Mówiono o jakimś zimowym piorunie, czy coś podobnego, ale właściwej przyczyny nikt nie zgadł ni przedtem, ni potem”.
![]()
Oczywiście była to robota górali. Podobnie skończył postawiony przez administrację Hohenlohego szałas. Bieńkowski dostał wprost polecenie od Zamoyskiego, że ma być „zniesiony”. Zmobilizował górali. W przeciągu 20 minut szałas przedstawiał kupę porąbanego drewna”.
Zapalczywi górale byli gotowi siłą i zbrojnie przepędzić służbę Hohenlohego oraz żandarmów. Pewnego razu zebrało się około stu zdeterminowanych górali, których miała powstrzymać interwencja Zamoyskiego. Zrobił to dlatego, by zmusić – przez wykazanie, że blisko jest do rozlewu krwi – do działania w obronie jego dóbr, a zarazem granic galicyjskich urzędników sądowych i administracyjnych z Nowego Targu. Innym razem domagał się, by wysłali żandarmów, bo jeśli tego nie uczynią w porę, to potem żandarmi będą już tylko zbierać trupy. Oświadczał wreszcie staroście nowotarskiemu, że bierze na siebie całą odpowiedzialność za to, co się stanie w obronie prawa jego i górali, „choćby i dziesięciu ludzi trupem położono”.
Jedynymi śmiertelnymi ofiarami konfliktu polskiego hrabiego i niemieckiego księcia padły trzy woły tego ostatniego, pasące się na spornym terytorium. Zostały porwane przez górala Wojciecha Nowobilskiego, załadowane na tratwę i utopione w jeziorze.
Droga Balzera
Rozstrzygnięcie konfliktu, który przestał mieć charakter prywatny, nie mogło jednak zapaść na szczeblu powiatowym. Zamoyski alarmował i naciskał władze Galicji, by mocno zaangażowały się w obronę spornego terytorium. W 1893 r. sejm krajowy wysłał delegację do Franciszka Józefa. Cesarz obiecał arbitraż w tej sprawie. Rok później historyk Aleksander Czołowski opublikował na zlecenie władz galicyjskich „Sprawę sporu granicznego przy Morskim Oku. Wywód historyczno-prawny”.
Do Morskiego Oka prowadzi Droga Oswalda Balzera. Tak został uhonorowany lwowski historyk prawa, reprezentant interesów Galicji przed obradującym w Grazu w 1902 r. sądem rozjemczym, któremu przewodniczył Jan Winkler, prezydent szwajcarskiego trybunału związkowego. Balzer przemawiając przez cztery dni, w erudycyjnym wywodzie – wykorzystując także materiały zbierane przez Zamoyskiego – wykazywał, że na prawa do spornego terytorium wskazują dokumenty królów polskich, przebieg polskiej granicy do rozbiorów sięgającej na wschód od niego, a także to, że było ono opodatkowane w Galicji.
Jednak nie te argumenty były dla sądu polubownego najważniejsze. Stwierdził on, że nie było ani układu państwowego w sprawie przebiegu granicy na spornym odcinku, ani też żadnej decyzji państwowej obowiązującej obie strony konfliktu. Odrzucił też argument o odwiecznym posiadaniu, skoro niemal od 150 lat każda ze stron wykonywała na spornej ziemi, przy braku zgody drugiej, a nawet popadając w zatarg, swe prawa.
Sąd postanowił więc wyznaczyć granicę naturalną, uwzględniając łatwiejszy dostęp do terenów przy Morskim Oku ze strony Galicji. Odrzucił węgierską propozycję, by granicę ustalić wzdłuż rzeki Białki – według Węgrów jej górny bieg stanowił Rybi Potok zaczynający się ich zdaniem na stokach Rysów i płynący przez Czarny Staw i Morskie Oko. Sąd uznał, że naturalna granica biegnie od Rysów przez grzbiet Żabiego, stamtąd do ujścia małego potoku do Rybiego Potoku, 700 metrów przed połączeniem z potokiem Podupłazki (Białej Wody). Jedynie małą część spornego terytorium, zaledwie 3 proc., z lasem przyznano Węgrom.
Po wyroku sądu rozjemczego Hohenlohe – nie kwestionując ustalonej granicy – sądził się dalej z Zamoyskim o sporne terytorium, lecz ostatecznie przegrał w 1909 r. w Najwyższym Trybunale Kasacyjnym w Wiedniu. „Bogu dzięki, bo co by to była za straszna rzecz, by tu byli mieli prusakowi pozwolić nad Morskim Okiem gospodarować” – skomentował Zamoyski.
Występując przez sądem polubownym w Grazu, prof. Balzer stwierdził, że Galicja nie wyrzeka się roszczeń do terenów na wschód od grzbietu Żabiego aż do Polskiego Grzebienia i Białej Wody, a więc tych, które należały do Rzeczypospolitej przed rozbiorami. W 1938 r. Polska odebrała Czechosłowacji te tereny, włącznie z dawną siedzibą Hohenlohego – Jaworzyną. Do września 1939 r. granica biegła główną granią Tatr.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.