Teheran niepokoi się sojuszem dwóch pozostałych państw – wierzchołków tego trójkąta. Zapewne nie bez kozery. Islamska Republika Iranu na razie milczy w sprawie zbliżenia Rijadu i Islamabadu. Trudno jednak nie reagować na dłuższą metę w sytuacji, gdy Pakistan wysłał do państwa szejków sporą liczbę żołnierzy, ale także samolotów bojowych oraz ciężkiego uzbrojenia.
Teraz trudniej będzie mu udawać neutralność, ponieważ podpisanie jesienią 2025 roku specjalnego traktatu z saudyjskim królestwem jest potwierdzeniem coraz bliższych relacji. Zwłaszcza akapit mówiący o wzajemnej pomocy militarnej, jeśli na jedną ze stron napadnie inne państwo.
Cóż, Pakistan przez Indie napadnięty nie został, ale na Arabię Saudyjską spadają irańskie bomby. Czy zatem traktatowy pasus mówiący, że agresja na jeden z krajów-sygnatariuszy będzie odbierana jak agresja na własne państwo (!), wejdzie w życie?
Jest faktem, że pochwały prezydenta USA pod adresem Islamabadu oraz zimna wojna między Waszyngtonem a New Delhi w oczywisty sposób prowadzą do zbliżenia Pakistanu z obozem amerykańsko-saudyjskim. Aż korci mnie napisać: amerykańsko-arabskim, bo przecież Persowie to muzułmanie, ale nie Arabowie.
Stan gry w owym islamskim trójkącie jest następujący: prezydent Iranu, Masoud Pezeshkian, powiedział, że każda forma „zagranicznej agresji” spotka się ze zdecydowaną reakcją Teheranu.
Irańska podejrzliwość wobec Pakistanu zaowocowała dość, trzeba przyznać, subtelną perską krytyką. Rola Islamabadu jako kluczowego negocjatora została podważona.
Prorządowa irańska publicystka Fatima Sarkosh stwierdziła:
„Pakistan znalazł się w złożonej i bardzo delikatnej sytuacji. Islamabad został postawiony w trudnej sytuacji dyplomatycznej, której równowaga może zostać zachwiana w każdej chwili”.
Na dodatek w Iranie coraz liczniejsze są głosy, że nie powinno ufać się Pakistanowi. Tamtejszy ekspert i naukowiec Milad Rezaei zarzucił Teheranowi popełnienie poważnego błędu. Błędem tym okazało się nadmierne zaufanie wobec Pakistanu i wiara w jego dobrą wolę podczas negocjacji.
Tymczasem – jego zdaniem – Islamabad finalnie dołączył do antyirańskiej koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej.
Inny irański ekspert, Ehsan Tarlani, uznał wprost, iż Pakistan wręcz oficjalnie wszczął wojnę z Teheranem. Z kolei w mediach społecznościowych toczą się dyskusje odnośnie bezradności Islamabadu w zakresie wojskowego wsparcia dla Rijadu. Ma ono być swoistym rewanżem za wieloletnią pomoc finansową Saudów dla tego drugiego pod względem liczby ludności państwa muzułmańskiego.
Szereg internautów uważa, że działania Pakistanu są bezpośrednim wyzwaniem rzuconym Iranowi. Można też przeczytać na platformie X opinię irańskiego fotografa Zytoona: „Nawet Stany Zjednoczone Ameryki, ze swoją potęgą i prestiżem, wciąż nie są w stanie nic zrobić – a teraz Pakistan i Arabia Saudyjska chcą podjąć zdecydowane działania przeciwko Iranowi?”.
Trudno mi się zgodzić z tezą, że pakistańska pomoc nie jest znacząca. Przeczą temu liczby. Islamabad wysłał na pomoc Saudom osiem tysięcy żołnierzy, pełną eskadrę szesnastu myśliwców i wreszcie – szczególnie ważny dla Rijadu w obecnej sytuacji – system obrony powietrznej oraz wiele wojskowych dronów bojowych.
Pakistan nieoficjalnie zaprzeczał, że jego żołnierze i sprzęt będą walczyć z Iranem. Łatwo jednak wyobrazić sobie bezpośrednie zaangażowanie Islamabadu w konflikt zbrojny.
Niektórzy tłumaczą politykę Pakistanu i znalezienie się przez niego w sytuacji bez wyjścia – uwaga – historią tego kraju. To przecież mistrzowie podwójnej gry i tajnych strategii. Równoległe strategie wobec Teheranu i Rijadu stały się swoistym fatum. Pakistan bowiem jednocześnie negocjuje z Iranem, a jednocześnie może z nim walczyć w ramach zobowiązań traktatowych.
A im bardziej wojna USA i Izraela z Iranem będzie się rozszerzać, tym trudniej będzie Pakistańczykom utrzymać balans między jednym a drugim kluczowym państwem muzułmańskim. Wspomniana już przeze mnie Fatima Sarkosh przewiduje problemy dla Islamabadu, jeśli jego obecność wojskowa w Arabii Saudyjskiej nie pozostanie całkowicie defensywna, ograniczona i przejrzysta: „Jeśli tylko obecność ta (Pakistanu – dopisek R.Cz.) zostanie zinterpretowana jako operacja ofensywna, zaufanie Iranu zostanie utracone, a rola mediacyjna Pakistanu upadnie”. „W rzeczywistości nie liczy się motywacja Pakistanu, ale postrzeganie tych działań przez Iran”.
Jeśli nawet Islamska Republika Iranu (oficjalna nazwa tego państwa) może starać się zrozumieć Islamską Republikę Pakistanu (oficjalna nazwa tego państwa), to jednak jest wielce prawdopodobne, iż chwiejne zachowanie Islamabadu zostanie przez Teheran odebrane jako... zdrada!
Przecież bowiem Pakistan dołącza do antyirańskiej osi w kluczowej fazie wojny. „Czerwoną linią” może być właśnie wysłanie aż ośmiu tysięcy żołnierzy oraz samolotów bojowych. Od współpracy militarnej do jawnej wrogości jest tylko jeden krok. Tym bardziej, że rokowania pokojowe prowadzone pod pakistańskim parasolem nie doprowadziły do zawarcia realnego porozumienia trwającego dłużej niż kilka godzin.
Cóż, „mieć ciastko i zjeść ciastko” – to doprawdy bardzo trudna sprawa...
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
