Co prawda wielkie państwa azjatyckie mają w nosie obostrzenia klimatyczne i traktują unijne ograniczenia jako przykład frajerstwa Europy, ale są też przykłady azjatyckich prymusów. Takim na pewno chce być Pakistan. Chce – przynajmniej na papierze, bo rzeczywistość skrzeczy.
Główne cele środowiskowe Islamabadu zostały sformułowane bardzo ambitnie i takie właśnie zostały przedłożone Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC) w ramach tzw. „wkładu krajowego” (NDC 3.0). Jest to w dużej mierze „kopiuj/wklej” tego, co dzieje się w krajach Unii Europejskiej. Pakistan założył redukcję emisji gazów cieplarnianych aż o 50% do roku 2035, a więc raptem w ciągu dziewięciu lat. Do, bagatela, 60% ma wzrosnąć udział energii odnawialnej w miksie energetycznym, w tym energii z wiatru, słońca i wody! Cóż, imponujące założenia. Tym bardziej że jest jeszcze jedno: całkowity zakaz importu węgla do celów energetycznych.
Tyle założenia na papierze. Jednak rzeczywistość skrzeczy. Te ponad ambitne cele wymagają inwestycji na poziomie mniej więcej 566 miliardów USD (sic!). Póki co wszak zamiast miliardów dolarów amerykańskich mamy w tym kraju wylesianie na dużą skalę, złą jakość powietrza i wreszcie słabą politykę klimatyczną.
Można i trzeba porównać sytuację tego jednego z dwóch największych muzułmańskich państw świata z jego sąsiadami w regionie. Chodzi oczywiście nie o posiadanie broni jądrowej, tylko o „działania na rzecz klimatu”. I tak w ciągu ostatnich trzech lat realizacja tzw. „celów zrównoważonego rozwoju” – czyli SDG, by użyć tego określenia rodem z eko-nomenklatury – stawiała Pakistańczyków dużo poniżej średniej w regionie. Przypomina się tu stare polskie powiedzenie: „Krowa, która głośno ryczy, mało mleka daje”.
A tymczasem nowy budżet na okres 2026–2027 – wbrew pozorom nie dwuletni, tylko jednoroczny, bo przedstawiony dopiero co, w czerwcu 2026 roku, i mający obowiązywać przez rok, do połowy przyszłego roku – ma charakter odpowiedzi na modne medialnie tematy, a nie zawiera żadnego planu inwestycji w reformy strukturalne.
Mamy do czynienia ze swoistą polityczno-finansową schizofrenią: oto władze proponują skorzystanie z kosztownej technologii wychwytywania i wykorzystania dwutlenku węgla, a w praktyce sprowadza się to wszystko do służenia „greenwashingowi”, czyli wsparciu dla... firm z branży paliw kopalnych! I tu kłania się inne polskie przysłowie o „diable, który ubrał się w ornat i na mszę dzwoni”. Nic dodać, nic ująć.
Znaczące zadłużenie w relacji do PKB państwa ze stolicą niegdyś w Karaczi, a obecnie w Islamabadzie, bardzo mocno ogranicza pole manewru budżetowego nawet w takich obszarach jak służba zdrowia, edukacja i bezpieczeństwo żywnościowe, a co tu dopiero mówić o środowisku!
Jednocześnie rząd chce pozyskać miliardy poprzez opłaty ekologiczne. W tym samym czasie władze centralne dokonują cięć federalnych wydatków na cele klimatyczne aż o niemal 3/4 – dokładnie o 73,8% – z poziomu 9,5 miliarda rupii pakistańskich do poziomu niespełna 2,5 miliarda, a dokładnie 2,48 miliarda rupii. I to porównując budżet 2023/2024 z obecnym. Instrumenty resortu „Zmian Klimatu” są w tym obszarze odwrotnie proporcjonalne do ideologicznych, wiekopomnych planów „Zielonego Pakistanu”...
A może rozziew między retoryką eko-sloganów a rzeczywistością w dalekiej Azji przypomina nam podobne sytuacje w „rodzinnej Europie”?
