Piekło i ratunek w Dulagu 121
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Piekło i ratunek w Dulagu 121

Dodano: 
Wydawanie gorącego posiłku na terenie obozu Dulag 121
Wydawanie gorącego posiłku na terenie obozu Dulag 121 Źródło: Muzeum Miasta Warszawy/Muzeum Dulag 121
Z Małgorzatą Bojanowską, dyrektorką Muzeum Dulag 121 w Pruszkowie rozmawia Piotr Włoczyk

PIOTR WŁOCZYK: Wizyta w Muzeum Dulag 121 z jednej strony przygnębia, bo Niemcy byli bezlitośni wobec wygnanych mieszkańców Warszawy. Z drugiej jednak strony pełno tu historii, które podnoszą na duchu i pokazują, jak niesamowicie solidarnie zachowywali się wtedy Polacy.

MAŁGORZATA BOJANOWSKA: Nasze muzeum odwiedziło kiedyś dwóch braci, którzy bardzo chcieli opowiedzieć o tym, co robiła wtedy ich matka. Ta kobieta wyciągała w Piastowie z tłumu pędzonych przez Niemców Warszawian ciężarne kobiety. W swoim mieszkaniu w Piastowie miała pokój z kuchnią; pokój przeznaczyła na porodówkę, a sama mieszkała z synami w kuchni. Ci mężczyźni przyszli do mnie z listą, na której widnieje 18 imion i nazwisk dzieci, które urodziły się w ich mieszkaniu. Wokół obozu przejściowego w Pruszkowie pełno jest straszliwych historii, ale z drugiej strony jest też mnóstwo pozytywnych opowieści, które pokazują, jak niesamowita była wtedy solidarność międzyludzka.

Jak wyglądała droga do Dulagu 121?

Wiele osób trafiło tu z punktów zbornych, przede wszystkim z Zieleniaka i z Kościoła św. Wojciecha na Woli. Te miejsca są tragicznie wspominane przez ludzi, którzy przeszli przez obóz. Niektórzy mówili, że w porównaniu z Zieleniakiem obóz przejściowy w Pruszkowie był „rajem”, bo była tu… woda. Mieszkańcy Warszawy byli wyprowadzani z domów, pędzeni ze swoich dzielnic do Pruszkowa. Było to kilkanaście kilometrów. Jednak nie tylko Warszawian wypędzano. Również mieszkańców okolicznych miejscowości, jak choćby Ząbki, Anin czy Zielonka, gdzie przygotowywano teren na przyjście frontu. Niektórych zmuszano do przejścia tego dystansu na piechotę, a inni docierali do Pruszkowa pociągami z warszawskiego Dworca Zachodniego. Transporty były kontrolowane; trzeba pamiętać, że żołnierze z eskorty potrafili się zachowywać jak bestie. Ludzie, którzy nie potrafili iść o własnych siłach, byli niekiedy rozstrzeliwani. Zdarzało się też, że niemowlaki były mordowane, bo płakały.

Pomoc oferowana na trasie do obozu w Pruszkowie nie była jeszcze systemowa.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.