Miał wtedy zaledwie trzydzieści lat, choć w swoich pamiętnikach nieco się postarzył, podając datę urodzenia o pięć lat wcześniejszą niż prawdziwa, czyli rok 1746. Urodził się w rodzinie węgierskiej szlachty o polskich korzeniach i polskim nazwisku, ale sam uważał się za Polaka. Ba, poszedł nawet walczyć za ojczyznę w szeregach konfederacji barskiej.
Wcześniej utrzymywał kontakty z polskimi środowiskami patriotycznymi. Pośrednio właśnie im zawdzięczał ożenek. Wracając z Warszawy do domu, poważnie się rozchorował i kilka tygodni, trawiony gorączką, spędził w domu mistrza rzeźnickiego Hensza. Tam tak troskliwie opiekowała się nim najstarsza córka rzeźnika, Zuzanna, że wszystko skończyło się ślubem w Małopolsce, pod Miechowem, we wsi o jakże wdzięcznej nazwie Wielkanoc, w gminie Gołcza.
Miał czwórkę dzieci. Jedno z nich urodziło się zresztą w Ameryce, dokąd przybył wraz z żoną, aby wesprzeć Amerykanów w ich walce o niepodległość.
Za walkę w szeregach konfederatów Rosjanie zesłali go w głąb imperium carów, następnie na Syberię, a ostatecznie na Kamczatkę. Stamtąd nasz rodak zorganizował ucieczkę. I to nie żadną indywidualną, lecz z prawdziwie sarmackim rozmachem: statkiem z liczną załogą, której znaczną część stanowili… rosyjscy zesłańcy!
Dwóch z nich – wyprzedzę nieco wydarzenia – pozostało z nim do samego końca, aż do śmierci z rąk Francuzów na Madagaskarze, jednej z czterech największych wysp świata. Owi Rosjanie, zafascynowani swoim polskim dowódcą, zginęli razem z nim.
Ucieczkę Maurycego – a właściwie Mateusza Maurycego Michała Franciszka Serafina Augusta Beniowskiego, człowieka o sześciu imionach! – opisywano językiem literatury, teatru i filmu.
Swoistym paradoksem jest fakt, że w kraju, który ten wielki podróżnik, uciekinier, przez niektórych uważany za awanturnika, żołnierz, ale i władca uważał za swoją ojczyznę, jego pamiętniki ukazały się później niż w wielu innych państwach: Anglii, Niemczech czy Francji, a w tym samym roku co w Szwecji i Niderlandach. Możemy się jedynie pocieszać, że od razu, w ciągu dekady, doczekaliśmy się aż trzech wydań.
Beniowski jako pamiętnikarz nieco konfabulował, choć nie przesadnie. Jednak jego opisy wydarzeń i przyrody, a także sposób prowadzenia wartkiej, pełnej przygód narracji, są niezrównane.
Ucieczka przez północny Pacyfik, w pobliżu Alaski, w kierunku Japonii, Formozy (dzisiejszego Tajwanu) i francuskich kolonii w Azji nadaje się na hollywoodzki film, serial Netflixa czy jeszcze inną wielką produkcję.
I tu znów kolejny powód do wstydu dla jego ojczyzny – Polski. Filmy bowiem powstały, skądinąd przed półwieczem, tuż przed dwusetną rocznicą obwołania polskiego szlachcica królem Madagaskaru. Tyle że była to produkcja czechosłowacko-węgierska, licząca trzynaście odcinków, a rok wcześniej powstała telewizyjna koprodukcja francusko-niemiecko-włoska – czteroodcinkowy serial z 1974 roku!
Oczywiście i tak żaden utwór filmowy – choć przecież „film to najważniejsza ze sztuk”, jak mówił Lenin ponad sto lat temu, w rozmowie z ludowym komisarzem oświaty Anatolem Łunaczarskim w 1921 roku – nie może równać się z dziełem Juliusza Słowackiego „Beniowski” (1841).
Powstało również sporo książek poświęconych Beniowskiemu, zwłaszcza w krajach, które uważają go za swojego: w Polsce, Czechosłowacji, a później przede wszystkim na Słowacji, choć także w Czechach, oraz na Węgrzech. Pisano o nim również w Rosji i Niemczech.
Byłem na Madagaskarze. W jego stolicy, Antananarywie, spacerowałem ulicą Beniowskiego. Widziałem też tablicę upamiętniającą naszego rodaka. Jej autorem jest inny Polak, Albert Zięba ze Zgorzelca, żonaty z Malgaszką, który mieszka tam od ponad trzydziestu lat.
Na Madagaskarze wydano nawet znaczek pocztowy z wizerunkiem Beniowskiego.
Choć trzeba przyznać, że jest jeszcze jeden Polak bardzo popularny w tym kraju, i to wciąż, mimo że od dawna nie żyje. To zakonnik Jan Beyzym, który poświęcił swoje życie trędowatym.
Maurycy Beniowski pochodził z narodu, który nie miał kolonii. Może właśnie dlatego traktował miejscowych mieszkańców Madagaskaru ze znacznie większym szacunkiem niż kolonizatorzy z Francji.
Może dlatego właśnie obwołali go „wielkim królem” – „ampansakebe” – choć początkowo odnosili się do niego z nieufnością.
Podkreślają to zresztą również zagraniczni autorzy, jak choćby podróżnik William Ellis: „Poglądy Beniowskiego wyprzedzały epokę, a jego podejście do Malgaszów było światlejsze i sprawiedliwsze niż wielu Europejczyków, którzy przybywali na tę wyspę”.
To zresztą nam pozostało.
Dlatego do dziś mieszkańcy Afryki – do której wszak należy Madagaskar, choć nie leży na kontynencie afrykańskim – czy Azji mają do nas, Polaków, jednak inne nastawienie niż do wspomnianych Francuzów, Niemców, Belgów, Holendrów, Portugalczyków, Hiszpanów (choć ci działali głównie w Ameryce Łacińskiej) czy Włochów.
Warto o tym wiedzieć i warto to wykorzystywać, pamiętając wszakże, że po trosze jest to zasługa króla Maurycego, a w jeszcze większym stopniu człowieka urodzonego 174 lata po naszym bohaterze, ale niedaleko miejsca, w którym Beniowski się ożenił – polskiego papieża Jana Pawła II.
Ćwierć tysiąclecia temu Polak został władcą na końcu świata.
Zabili go zazdrośni Francuzi, którzy nie chcieli mieć konkurencji i pilnowali monopolu Paryża na Madagaskarze, a później również w wielu innych miejscach „Czarnego Lądu”, jak nazywano ten kontynent w starych, dobrych czasach, przed erą intelektualnej „poprawności politycznej”.
Warto dziś wspomnieć rodaka, który naprawdę rozsławił imię Polski.
I jeszcze jeden polski wstyd na koniec.
Burmistrz Swarzędza w Wielkopolsce, obywatel Marian Szkudlarek, odmówił zmiany nazwy ulicy Rosyjskiej w tym mieście na ulicę Beniowskiego!
Do księgi Aleksandra Bocheńskiego „Dzieje głupoty w Polsce” dopisano w ten sposób kolejny kompromitujący aneks.
Wstyd.
