Połowa marca 1940 r. Podczas postoju w Kamiennej Woli do słynnego „Hubala” przybywa ppor. „Czarny”, wysłannik komendanta Związku Walki Zbrojnej w Końskich. „Czarny” przywiózł ze sobą rozkaz niejakiego „Grabca”, wzywający do rozwiązania oddziału i – wobec dwukrotnego już niewykonania rozkazów – grożący sądem wojskowym. Jak podaje Józef Wyrwa, „Hubal” nakazał wówczas najpierw rozstrzelać posłańca, a odwiedziony od tego przez ks. Edwarda Ptaszyńskiego miał napisać w odpowiedzi znamienne słowa: „Żadnych Grabców nie znam. Tak Grabca, jak i jego rozkazy mam w dupie”.
Problem w tym, że – jak pisze Jacek Lombarski – nie znamy dziś ani autentycznej treści przywiezionego rozkazu, ani prawdziwej odpowiedzi „Hubala”. Ponadto wielu autorów przekręcało pseudonim osoby wydającej rozkaz na „Grabicę” – był to konspiracyjny pseudonim gen. Stefana Grota-Roweckiego. Tymczasem faktem jest, że rozkaz przyszedł od enigmatycznego… „Grabca”, a nie „Grabicy”, co sprawiało, że mjr Henryk Dobrzański, znający przecież prawdziwy pseudonim generała, uznał, iż nie pochodzi on od właściwej osoby. Grożenie sądem siłą rzeczy mogło wywołać wściekłość majora, bo przecież niedawno gen. Leopold Okulicki pozwolił mu na zatrzymanie pod komendą 30 żołnierzy w umundurowaniu, czyli więcej, niż służyło wtedy w jego oddziale.
W tym czasie przyszła wieść o pacyfikacjach wsi, egzekucjach w Gałkach, Hucisku, Skłobach i Królewcu oraz aresztowaniach w innych wioskach. Była to zemsta SS za porażki poniesione w walce z oddziałem „Hubala”. Okrucieństwa wywołały wstrząs u majora, który postanowił kwaterować w lasach, aby oszczędzić ludności cierpień. Kiedy jego oddział przebywał pod Wólką Kuligowską, „Hubal” zdecydował się wysłać do Warszawy swojego podkomendnego, Józefa Wyrwę, aby ostatecznie wyjaśnić sprawę rozkazu i gróźb wystosowanych przez „Grabca”/„Grabicę”. Nie doszło do tego, bo już 29 kwietnia miały miejsca kolejne starcia z wojskiem niemieckim, tym razem z prowadzącą obławę 372. Dywizją Piechoty Wehrmachtu. Dzień później miało dojść do walki, w wyniku której „Hubal” na zawsze trafił do panteonu polskich patriotów...
Za wszelką cenę do armii
Kim tak naprawdę był Henryk Dobrzański? Spójrzmy na niego jako na człowieka ukształtowanego przez epokę XIX stulecia, które zakończyła, jak opadająca kurtyna, pierwsza wojna światowa. Henryk Feliks Józef urodził się w Jaśle w 1897 r. jako syn Henryka Dobrzańskiego i Marii z hrabiów Lubienieckich. Jego przodkowie mieli szlacheckie pochodzenie i wychowani byli w tradycjach sięgających powstania listopadowego, jednak dopadła ich proza życia. Ojciec bohatera pracował w przemyśle naftowym, ale z powodu wykrycia nieprawidłowości w spółce, którą prowadził, uciekł, pozostawiając żonę z dziećmi. Nie interesował się ich losem do tego stopnia, że rodzina traktowała go jak zmarłego. Młody Henryk wychowywany był przez matkę, gorącą patriotkę, a brak ojca ukształtował jego charakter jako człowieka niepokornego. W 1907 r. pani Maria przeniosła się do Krakowa, gdzie pięć lat później jej syn zgłosi się do II Drużyny PDS (Polskich Drużyn Strzeleckich) i przejdzie w niej szkolenie wojskowe. Wkrótce Henryk wstąpi do Legionów, fałszując datę urodzenia (dodając sobie rok życia), a także twierdząc, że zdał maturę, podczas gdy w rzeczywistości nie przystąpił do egzaminu. Podstęp jednak się udał i chłopak został przyjęty.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

