Nieporozumienie roku ‘68
  • Krzysztof MasłońAutor:Krzysztof Masłoń

Nieporozumienie roku ‘68

Dodano: 
Barykady na ulicach Paryża w czasie rewolty 1968 roku
Barykady na ulicach Paryża w czasie rewolty 1968 roku Źródło:Wikimedia Commons
Autor „Tanga”, entuzjasta wolności, tuż po swoim przyjeździe do Paryża w roku 1968 trafił na majowe strajki studentów, po których niemal z dnia na dzień stał się konserwatystą.

Trzech facetów położyło podwaliny myślowe pod rewoltę końca lat 60. Dwóch z nich nie miało o tym pojęcia, jako że pierwszy z nich nie żył już od roku 1883, a drugi, który z tego świata miał zejść w roku 1976, odgrodził się od rzeczywistości wielkim murem i o kontestatorach z Waszyngtonu czy Paryża pewnie w ogóle nie słyszał. Co innego ten trzeci, z czasem nazwany „ojcem nowej lewicy”. Skróty ich nazwisk wypisywali sobie na koszulkach ci młodzi ludzie, którzy w 1968 r. postanowili zburzyć stary świat i stworzyć w jego miejsce bliżej nieokreśloną arkadię. Hasło brzmiało trzy razy „Ma”: Marks – Mao – Marcuse. Kim był ten ostatni (bo o pierwszych dwóch wiemy aż za wiele)?

Herbert Marcuse (1898–1979) był niemieckim Żydem, który w 1934 r. wraz z żoną opuścił III Rzeszę, wyjeżdżając do Ameryki. Za wielką wodą pracował dla amerykańskiego wywiadu. Wykładał na Uniwersytecie Columbii i innych uczelniach, by w końcu otrzymać katedrę na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. W 1968 r. ogromną popularność zdobyła jego praca „Eros i cywilizacja”, w której rozczytywali się hipisi, choć autor zwracał uwagę, że „kwiaty nie mają mocy”. Ale największy rozgłos towarzyszyć miał jego „Człowiekowi jednowymiarowemu”, uznanemu za biblię radykalnych ruchów studenckich, zwłaszcza w Niemczech, gdzie Marcuse wykładał w roku 1968. Doszedł on do przekonania, że do rewolucji wcale już nie jest potrzebna, jak w czasach Marksa, klasa robotnicza. Ponieważ – wywodził – nadmiar dóbr materialnych sprawił, że robotnicy stali się ofiarami wytworów własnej pracy, rewolucja – która jest konieczna – przyjść musi od intelektualistów, studentów czy przedstawicieli rozmaitych mniejszości. Jak widać, pogląd ten utrzymuje się do dziś, choć sam Marcuse został zapomniany, może nie ze szczętem, ale jednak.

A przecież atrakcyjny dla młodych ludzi mógł wydawać się głoszony przez niego powrót do nirwany. W jego wydaniu bowiem duchowej kontemplacji towarzyszyć miało odkrywanie własnej cielesności. Podpierając się więc neofreudyzmem à la Marcuse, młode pokolenie, w Ameryce wychowane najczęściej w tradycji purytańskiej, mogło zasmakować wręcz dionizyjskiej rozwiązłości seksualnej.

Wojujący bezbożnicy

Naturalnie religia stanowiła tu poważną przeszkodę, należało więc odrzucić ją całkowicie lub wymienić na inną. Dzisiejsi spadkobiercy roku 1968 zaklinający się, że nie są wcale antychrześcijańscy, występują przeciw religii z nie mniejszym zapałem niż bolszewiccy bezbożnicy 100 lat temu. W katolickiej Polsce widzimy to też gołym okiem.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.