Przybysz znad Wisły, który dociera do grodu nad Menem, może poczuć nieoczekiwaną sympatię do tego miasta już przy pierwszym spojrzeniu na jego symbole: herb miejski i flagę. Choć nie ma to żadnego związku z naszym krajem, Frankfurt ma w herbie białego orła w koronie na czerwonym tle. A flaga miejska jest dokładnie taka sama jak polska – biało-czerwona.
Sama nazwa „Frankfurt” oznacza bród Franków na rzece Men. Takie miejsca zawsze przyciągały ludzi, bo gdzieś trzeba tę rzekę przekroczyć. A skoro bród (a potem most) gwarantował stały przepływ gości, to w naturalny sposób w tym miejscu zaczęli budować swoje stanowiska handlarze, rzemieślnicy, ale powstać musiały też karczmy. A że Frankfurt znajduje się niemal w środku Niemiec, mniej więcej w połowie drogi między Hamburgiem a Monachium, i z grubsza na trasie Akwizgran-Berlin, to wszystkim było najwygodniej umawiać się właśnie tu.
Sława targów we Frankfurcie sięga wczesnego średniowiecza. W odróżnieniu od Francji, gdzie bardzo wcześnie do rangi miasta stołecznego zaczął aspirować Paryż, czy Anglii, której centrum władzy stosunkowo szybko umiejscowiło się w Londynie, Niemcy aż do 1871 r. nie miały jednej stolicy. Cesarze krążyli po swoim państwie, zatrzymując się w różnych zamkach noszących dumną nazwę „Kaiserpfalz”, ale Frankfurt wysunął się w tej konkurencji wyraźnie na prowadzenie. Po raz pierwszy kroniki wspominają o miejscowości zwanej „Francofortum” w 793 r. Stolicą Franków wschodnich miasto nad Menem zostaje w 843 r. Dwa wieki później staje się tradycyjnym miejscem wyboru królów Niemiec. A w związku z tym w naturalny sposób staje się potem miejscem elekcji niemieckich cesarzy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
