„Wybitnie dzielny, brawurowy i kochający Ojczyznę” – pisał o nim gen. Berbecki. Mianowany pośmiertnie kapitanem, Jerzy Kulczycki spoczął w grobie rodzinnym na warszawskich Powązkach, obok zmarłej w wieku dziecinnym siostry. Jego rodzice, którym nie pozostało już żadne dziecko, zostali pochowani w tej samej mogile wiele lat później – Ludwik krótko po wybuchu drugiej wojny, jego żona Natalia w 1952 r. Pamiątką po kpt. Kulczyckim, oficerze, który potrafił własny hełm oddać żołnierzowi, uważając, że „nie wypada go nosić oficerowi, skoro nie mają hełmów żołnierze”, jest jego dziennik z walk z Ukraińcami i bolszewikami, który ukazał się w 1927 r. z przedmową gen. Mariana Kukiela. Ten wybitny historyk, uczeń Szymona Askenazego, znał Kulczyckiego ze Szkoły Podchorążych Polskiej Siły Zbrojnej w Ostrowi Mazowieckiej, w której pełnił funkcję komendanta.
„Hej, kto Polak”...
Kiedy w jednym z pierwszych bojów legionowych z Rosjanami, pod Laskami jesienią 1914 r., „uderzenie 2. kompanii zaczęło się załamywać, został rzucony dla jej podtrzymania pluton ppor. Radońskiego z II rzutu 3. kompanii, a pluton ppor. [Alfreda] Greffnera zaczął wchodzić w lukę między kompaniami. Ten sukurs dodał nowego zapału chwiejącej się kompanii, która ruszyła ponownie do natarcia mimo ciężkich strat. Gdy padł drugi z kolei dowódca plutonu 2. kompanii, ppor. »Gintowt« [Adolf Maciesza], zdając dowództwo na kpr. Józefa Orłowicza »Brzeszczota« – wówczas całe prawe skrzydło począł prowadzić ppor. Radoński, rzucając się z pieśnią na drugą linię okopów, która też wkrótce została opanowana” – pisał Aleksander Narbut-Łuczyński. Tą pieśnią był refren „Warszawianki”, zaczynający się od słów: „Hej, kto Polak na bagnety”. Zaintonowana przez Zygmunta Radońskiego, została podjęta przez innych, którzy „ze śpiewem tym pobiegli po raz wtóry do szturmu, na drugi rząd ziejących ogniem okopów”.
![]()
Ten ledwie 18-letni oficer noszący pseudonim Żarski bił się równie mężnie w kolejnych bitwach Legionów. 20 maja 1915 r. pod Konarami został lekko ranny, ale nie opuścił dowodzonego przez siebie plutonu. Dwa dni później podczas walk w lesie pod Kozinkiem odniósł jednak ciężką ranę głowy, wskutek której stracił prawe oko. Jak twardy charakter musiał mieć Zygmunt Radoński, który mimo kalectwa po kilku miesiącach wrócił do szeregów I Brygady i wziął udział w kampanii wołyńskiej... Nie może dziwić, że męstwo jego nagrodzono w niepodległej Polsce Virtuti Militari.
Inaczej niż Kulczycki, a podobnie jak niemal wszyscy oficerowie i żołnierze I Brygady, „Żarski” odmówił złożenia przysięgi państwom centralnym. Poważnie wówczas chorował i mógł uniknąć internowania, a jednak chcąc okazać solidarność z kolegami, zgłosił się 30 lipca 1917 r. do obozu w Beniaminowie. Dwa dni później zapisywał w prowadzonym dzienniku: „Zbliża się powoli nasza trzyletnia rocznica wymarszu na wojnę, a my siedzimy w więzieniu jako cywilni jeńcy i to w wolnej i niepodległej Polsce, proklamowanej przez Niemców. A nasze społeczeństwo, poza ronieniem łez bezsilnem, jak było, tak jest bierne. Jak długo tu zostaniemy i co z nami zrobią, nie wiemy”. Nadal chorował. Badający go Sławoj Składkowski stwierdził anemię i ogólne osłabienie organizmu wskutek niedożywienia. Zalecił lepsze odżywianie, co po latach skomentował we wspomnieniach z Beniaminowa: „Nigdy jeszcze nie dawałem tego zlecenia lekarskiego w tak absurdalnych warunkach, jak obecne. Porucznik Radoński uśmiechnął się blado i machnął ręką. Wykluczone jest, by mógł sobie pozwolić na luksus wypełniania mych wskazań lekarskich. Niestety, trudno zapewnić dobre odżywianie pacjentowi, podczas gdy sam doktór jest piekielnie głodny”.
Po zwolnieniu z obozu „Żarski” służył w Polskiej Sile Zbrojnej, a w listopadzie 1918 r., tak jak inni oficerowie legionowi, wstąpił do Wojska Polskiego. Był uważany przez przełożonych za bardzo dobrego dowódcę batalionu, wysoko ceniono jego zdolności organizacyjne i wychowawcze, podkreślano, że pracuje z pełnym zamiłowaniem służby i dba o samokształcenie się w dziedzinie wojskowości. Latem 1919 r. został komendantem Szkoły Podoficerskiej w Dęblinie, a po ukończeniu kursu dowódców batalionów w Szkole Aplikacyjnej Oficerów Piechoty w warszawskim Rembertowie pełnił funkcję zastępcy szefa Oddziału I Dowództwa Okręgu Generalnego w Poznaniu.
Zaraz po rozpoczęciu ofensywy przeciw bolszewikom na Ukrainie zwrócił się z prośbą do swoich przełożonych o przeniesienie go na front. Wobec odmowy, którą uzasadniano kalectwem Radońskiego – chociaż nieco wcześniej uznano jego zdolność do służby frontowej – ponowił prośbę o przydział frontowy, na co ostatecznie uzyskał zgodę na początku czerwca. Został oddany do dyspozycji Naczelnego Dowództwa WP, a 24 czerwca 1920 r. przydzielony bezpośrednio z DOG w Poznaniu do 105. pp na stanowisko dowódcy batalionu.
![]()
Na front wyruszył już następnego dnia. Nigdy nie dotarł do pułku. Pociąg, którym jechał, wobec zbliżania się bolszewików został zatrzymany w pobliżu Mizocza w przedwojennym powiecie zdołbunowskim na Wołyniu (obecnie rejon zdołbunowski w obwodzie rówieńskim na Ukrainie). Wówczas Radoński „wyskakuje z pociągu, szybko opanowuje gromadę cofających się w nieładzie żołnierzy i ginie jak bohater [...]”. Bliższych okoliczności jego śmierci nie udało się ustalić, a ciała nie odnaleziono. Nierzadko spotykany los polskiego żołnierza nie tylko w tej wojnie.
Wspomniane postaci to nie jedyni spośród licznych oficerów Legionów Polskich, którzy polegli w wojnie z bolszewikami. A byli wśród nich jeszcze m.in. Stanisław Parczyński „Młot”, żołnierz kompanii kadrowej, a później 1. pp I Brygady Piłsudskiego, z którą przeszedł wszystkie boje. Po rozwiązaniu Legionów był w Polskiej Organizacji Wojskowej i uczestniczył w rozbrajaniu okupanta niemieckiego. Wiosną 1919 r. oswobadzał Wilno od bolszewików, walczył z nimi w kolejnych bojach na północnym wschodzie i na Łotwie. Zginął w bitwie o Fastów, jednej z pierwszych w wyprawie, mającej na celu wyzwolenie Ukrainy spod władzy bolszewickiej i zabezpieczenie przed bolszewikami odrodzonej Polski.
W walkach na Ukrainie poległ także kpt. Stefan Holinkowski z tego samego pułku legionowego co Parczyński. Przed pierwszą wojną światową dowódca oddziału Polskich Drużyn Strzeleckich w austriackim Leoben, oficer I Brygady, który od listopada 1918 r. walczył z Ukraińcami w obronie Lwowa, a następnie jako dowódca kompanii 1. pułku Legionów, podobnie jak „Młot”, uczestniczył w zwycięskim zdobyciu Wilna, gdzie został ciężko ranny. W następnym roku ze swoim pułkiem bił się na Ukrainie z Armią Konną Budionnego i tam, pod Suchą Wolą, ciężko ranny, rozerwał się granatem, by nie dostać się do niewoli.
Dzięki poświęceniu i tych oficerów, wywodzących się z I Brygady Piłsudskiego, którzy polegli w latach 1919 i 1920, byt odrodzonej ojczyzny został uratowany. I nic nie pomogło bolszewikom to, że przy poległym mjr. Drojowskim znaleźli mapnik z dokumentami zawierającymi plany ofensywy, która miała przynieść Polsce zwycięstwo.
Autor jest pracownikiem Biura Edukacji Narodowej IPN, profesorem Uczelni Łazarskiego.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.