Grzegorz Przemyk – zakatowany dla przykładu

Grzegorz Przemyk – zakatowany dla przykładu

Dodano: 
Wspomnienie Grzegorza Przemyka na wystawie PWPW
Wspomnienie Grzegorza Przemyka na wystawie PWPW Źródło: DoRzeczy.pl
W maju 1983 r. w Warszawie zmarł Grzegorz Przemyk. Młody mężczyzna został skatowany przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. 16 lipca 1984 r. podczas ustawionego procesu uniewinniono ich.

12 maja 1983 r. Grzegorz Przemyk dowiedział o zdanym egzaminie maturalnym. Dla niego i kolegów, z którymi wspólnie świętował, musiał to być dzień szczególny. Radosny nastrój grupy znajomych, którzy bawili się na placu Zamkowym w Warszawie przerwał oddział Milicji Obywatelskiej (MO). Okazało się, że niektórzy, w tym Przemyk, nie mają przy sobie dokumentów. Grzegorza, wraz z kolegą, zatrzymano i zawieziono na komisariat MO na Starym Mieście przy ul. Jezuickiej.

Na miejscu Przemyk został dotkliwie pobity. Milicjanci wielokrotnie kopali i uderzali go w brzuch pięściami i pałką. Kiedy go wypuszczono, czuł się bardzo źle. Trafił do szpitala, gdzie był operowany, gdyż okazało się, że ma rozległe obrażenia w jamie brzusznej. Niestety operacja na niewiele się zdała. Dwa dni po skatowaniu, Grzegorz Przemyk zmarł.

19 maja odbył się pogrzeb. Na Powązki przybyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wieść o bestialskim pobiciu młodego człowieka rozeszła się bardzo szybko. Ludzie przybyli, aby pożegnać Przemyka, a zarazem po to, aby zamanifestować sprzeciw wobec komunistycznej dyktaturze.

Pogrzeb Grzegorza Przemyka. Kondukt żałobny w drodze na Cmentarz Powązkowski w Warszawie. W pierwszym rzędzie po środku idzie ks. Jan Sikorski. 19 maja 1983 r.

Pobicie Grzegorza Przemyka nie mogło być przypadkowe. Jego matka, Barbara Sadowska, była poetką i działaczką antykomunistyczną, należała do Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. 3 maja 1983 r. została ona pobita przez „nieznanych sprawców”. 10 dni później, już całkiem jawnie, MO skatowało jej syna.

Była to oczywista próba zastraszenia. Mieczysław Rakowski, wówczas wicepremier w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego, pisał później, że Barbara Sadowska i jej syn zostali „upatrzeni” i władza postanowiła „dać im nauczkę”.

Po śmierci Przemyka władza robiła wszystko, aby zatuszować sprawę i jak najbardziej ją zagmatwać. Szczególne „zasługi” mieli na tym polu Czesław Kiszczak i Jerzy Urban.

Jak pisze Dobrosław Rodziewicz na stronie IPN: -Strategię sterowania postępowaniem w sprawie śmierci Przemyka ustalano na najwyższych szczeblach władzy, z udziałem samego Jaruzelskiego, a pod komendą generałów Kiszczaka i Milewskiego. W wyniku licznych matactw, wywierania nacisków na prokuratorów, ich wymiany, zastraszania świadków i wytypowanych „kozłów ofiarnych”, prześladowania prawników pomagających matce ofiary i tym podobnym działaniom, udało się doprowadzić w lipcu 1984 r. do uniewinnienia dwóch milicjantów z Jezuickiej, w tym dyżurnego komisariatu Arkadiusza Denkiewicza – autora polecenia „bijcie tak, żeby nie było śladów”.

16 lipca 1984 r. odbył się wyreżyserowany proces, w wyniku którego skazano dwóch sanitariuszy, którzy przewozili Grzegorza do szpitala. Władza wymusiła na nich przyznanie się do winy i wymierzyła karę 2 i 2,5 lat pozbawienia wolności. Milicjantów od razu zwolniono.

Sprawiedliwość nie dosięgła winnych śmierci Grzegorza Przemyka nawet po roku 1989. Trzej milicjanci, którzy doprowadzili do jego śmierci zostali uniewinnieni (jeden uniknął kary „z powodów zdrowotnych”).

Źródło: DoRzeczy.pl / IPN