Złote lata galicyjskich nafciarzy
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Złote lata galicyjskich nafciarzy

Dodano: 
Tustanowice, pole naftowe.
Tustanowice, pole naftowe. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Z prof. Piotrem Franaszkiem, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą dziejów gospodarczych Galicji rozmawia Piotr Włoczyk.

PIOTR WŁOCZYK: Czy ta niepozorna lampa rzeczywiście zmieniła świat?

PROF. PIOTR FRANASZEK: Dzieło Ignacego Łukasiewicza dokonało prawdziwego przewrotu cywilizacyjnego. Od dawien dawna ludzie zastanawiali się, jak rozświetlić mroki nocy. Przez całe wieki rytm doby dyktował sposób funkcjonowania człowieka. Zapadnięcie ciemności oznaczało koniec prac i konieczność udania się na spoczynek. Różnie starano się temu zaradzić – używano świec, pochodni, lampek oliwnych, jednak nie były to wydajne źródła światła. Na przełomie XVIII i XIX w. zaczęto eksperymentować z nowymi metodami oświetlenia. Wszystkie wykorzystywane do tego paliwa miały jednak poważne wady: albo kopciły, albo były niebezpieczne, tzn. nie były stabilnym paliwem. Dlatego prace nad destylacją ropy i uzyskanie nafty, a następnie skonstruowanie odpowiedniej lampy były absolutnie kluczowe dla rozwoju ludzkości.

Dzięki pracy polskiego farmaceuty produktywność na całym świecie musiała wystrzelić w spektakularny sposób.

Zgadza się. Z dzisiejszej perspektywy może się to nam wydawać błahe, ale ta „zwykła” lampa była przewrotem na ogromną skalę. W jednym momencie wszystkie inne metody oświetlania straciły rację bytu. Ludzie wreszcie mogli wieczorami rozświetlać swoje izby czy warsztaty i kontynuować obowiązki domowe, uczyć się lub pracować. Co ważne – cena lampy i samej nafty nie była wysoka i nawet ubożsi mogli pozwolić sobie na „luksus” korzystania ze sztucznego światła.

Wprawdzie destylację ropy naftowej próbowano przeprowadzać już wcześniej, np. Józef Hecker, austriacki urzędnik, już na początku XIX w. nad tym pracował, jednak końcowy efekt nie był zadowalający. Krótko mówiąc, nie udawało się uzyskać czystego paliwa. Nafta produkowana dzięki metodzie Łukasiewicza była wysokiej jakości i stała się paliwem przewidywalnym. Nie możemy jednak zapominać też o drugim kluczowym elemencie tego przewrotu cywilizacyjnego – lampie o odpowiedniej konstrukcji.

Chociaż – wbrew powszechnemu wyobrażeniu – nie było to jego dzieło.

Łukasiewicz zazwyczaj przedstawiany jest na portretach z lampą naftową w dłoni, ale to nie on ją skonstruował. Adam Bratkowski był bardzo zdolnym lwowskim blacharzem. Łukasiewicz, który zgłosił się do niego ze zleceniem, na pewno brał udział w procesie projektowania tego urządzenia, ale jednak lampa to głównie dzieło Bratkowskiego. Nawiasem mówiąc, nawet nie wiemy, jak wyglądała ta pierwsza lampa, ponieważ niestety nie zachował się do naszych czasów żaden jej egzemplarz. Konstrukcja Bratkowskiego szybko podbiła świat i była modyfikowana na wiele różnych sposobów.

Łukasiewicz nie mógł chyba sobie wymarzyć lepszej premiery dla lampy?

Wynalazek ten rozpoczął swoją karierę z dużym „przytupem”. Lampa po raz pierwszy została publicznie wykorzystana we lwowskim szpitalu na Łyczakowie. Nocą z 30 na 31 lipca 1853 r. operowano w nim pacjenta cierpiącego na atak wyrostka robaczkowego. Człowiek ten nie mógł czekać do rana. Była to wspaniała promocja dla lampy Łukasiewicza. Szpital od razu zakupił 500 litrów nafty. Miejscowe gazety rozpisywały się o tym wydarzeniu, podkreślając, że niejaki Ignacy Łukasiewicz ma do zaoferowania niezwykły produkt, który fenomenalnie rozświetla mroki.

Nasz genialny farmaceuta potrafił otrzymać w trakcie rafinacji ropy nie tylko naftę, lecz także benzynę, asfalt czy mazut. Czy te substancje również zrobiły wówczas „karierę”?

Początkowo zapotrzebowanie było głównie na naftę. Benzyna musiała jeszcze poczekać na swój „złoty okres”, czyli rozwój przemysłu motoryzacyjnego. Wówczas jeszcze nie potrafiono wykorzystać jej potencjału. Natomiast cięższe frakcje uzyskiwane z ropy naftowej, czyli właśnie mazut i asfalt, były już jak najbardziej wykorzystywane w czasach Łukasiewicza.

Niewykluczone, że ta historia w ogóle by się nie wydarzyła, gdyby nie żydowski handlarz Abraham Schreiner. Jakie miał on oczekiwania względem ropy naftowej?

Różne są na ten temat teorie. Niektórzy twierdzą, że Schreiner zastanawiał się, czy da się z ropy uzyskać… alkohol. Łukasiewicz pracował wówczas we lwowskiej aptece Pod Złotą Gwiazdą należącej do Piotra Mikolascha. Nasz wynalazca był z wykształcenia farmaceutą i to właśnie w tym zawodzie widział swoją przyszłość. Jesienią 1852 r. do apteki zgłosił się wspomniany już Schreiner, któremu towarzyszył wspólnik Lejba Stierman. Handlarze przynieśli próbki ropy naftowej, na którą mówiono wówczas powszechnie „olej skalny”. Na Podkarpaciu od wieków wykorzystywano ropę jako naturalny smar, a także stosowano ją do celów leczniczych, szczególnie do leczenia chorób skórnych.

Nie wiadomo dokładnie, jak na ropie chcieli zarobić Schreiner i Stierman, ale właściciel apteki, dysponując świetnym zapleczem laboratoryjnym, miał nadzieję, że uda mu się uzyskać z ropy „Oleum Petrae album”, czyli drogocenne panaceum, które sprowadzano z Włoch. Był to doskonały lek na każde schorzenie, a przynajmniej tak się ludziom wówczas wydawało. Mikolasch namówił Ignacego Łukasiewicza oraz drugiego pracującego u niego farmaceutę Jana Zeha do założenia spółki. Szybko okazało się jednak, że ich „Oleum Petrae album” wcale nie będzie żyłą złota. Mikolasch wycofał się z tego biznesu, ale Łukasiewicz z Zehem zainteresowali się destylacją ropy naftowej i rozpoczęli swoje badania w tym kierunku.

Cały wywiad dostępny jest w 21/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.