Sowiecka wyspa kanibali
  • Piotr ZychowiczAutor:Piotr Zychowicz

Sowiecka wyspa kanibali

Dodano: 

Jakie były tego skutki?

Najpierw na Syberii wpompowano 2–2,5 mln kułaków wysiedlonych z rodzinnych miejscowości. Zwożono tych ludzi na jakieś pustkowia i pozostawiano ich samym sobie. Musieli sobie radzić. Oczywiście padali jak muchy. Szczególnie niemowlęta i starsi. Chłopi jednak jakoś sobie poradzili. Śmiertelność wynosiła około 30 proc., a reszta wegetowała w ziemiankach, żywiąc się korzonkami, korą i chwastami. W przypadku uprowadzonych z miast było to niemożliwe.

Ilu ludzi postanowiono tym razem deportować?

Od miliona do półtora miliona. Jak pan widzi, skala tych sowieckich przedsięwzięć była niebywała. Podobnie jak sposób ich realizacji.

Jest takie rosyjskie słowo „bardak”, które – mam wrażenie – doskonale oddaje to, co działo się w Związku Sowieckim.

Rzeczywiście w centralnych urzędach Moskwy opracowano bardzo szczegółowe, drobiazgowe plany, które wyglądały jednak pięknie tylko na papierze. Były zaś zupełnie oderwane od rzeczywistości i nie miały najmniejszych szans na realizację. Działania w terenie polegały tymczasem na chaotycznej improwizacji. Poszczególne sowieckie instytucje nie były w stanie wykonać założeń tych utopijnych planów i ze sobą współpracować, co przynosiło katastrofalne skutki. Horror, który rozegrał się na „wyspie kanibali”, jest tego najlepszym potwierdzeniem.

Co to była za wyspa?

Nazywała się Nazino i położona była na rzece Ob w syberyjskim okręgu tomskim. Miała około 3 km długości i 500–600 metrów szerokości. Była jednym z licznych miejsc, w których próbowano zrealizować plan Jagody. Na ten niewielki kawałek piaszczystej ziemi porośnięty niezwykle rzadką roślinnością wiosną 1933 r. sprowadzono ponad 6 tys. przedstawicieli elementu aspołecznego.

Wyspa Nazino

Skąd?

Głównie z Moskwy i Leningradu. Już po drodze wielu z nich zmarło z wycieńczenia w bydlęcych wagonach i potem na barkach. Podróż trwała wiele tygodni, a władze – w sytuacji powszechnych w ZSRS niedoborów – nie były w stanie zapewnić im prowiantu czy ciepłych ubrań. Ludzie byli w tym, w czym zabrano ich z ulic i domów. Jechali upakowani jak sardynki, warunki higieniczne urągały wszelkim możliwym standardom. W wagonach terror siali zawodowi kryminaliści, czyli urkowie, którzy rabowali co cenniejsze rzeczy. Gdy transport przybył na Nazino, ludzie byli skrajnie wyczerpani. Wielu było półtrupami. Żywcem się rozkładali, gnili.

Lokalne władze nie były chyba przygotowane na taki transport.

Wcześniej NKWD przywoziło im chłopów. A więc ludzi twardych, przyzwyczajonych do wysiłku fizycznego i znających naturę. Na ogół mieli oni ze sobą podstawowe narzędzia, trochę ziarna. Tym razem przywieziono mieszczuchów. Wielu z nich było w podeszłym wieku, bardzo wiele było wśród nich kobiet, ludzi ciężko chorych, inwalidów. Średnia wieku wynosiła 50–60 lat, a rekordzista miał lat 110. Oczywiście o żadnych zapasach jedzenia czy narzędzi nie mogło być mowy.

Gdzie ci ludzie zamieszkali?

Nigdzie. Po prostu wyładowano ich na nagiej wyspie. Pogoda była fatalna, panowało przejmujące zimno. Lokalna administracja nie przygotowała dla nich namiotów, bo była pewna, że zbudują sobie ziemianki. Jak to jednak zrobić, skoro nie ma narzędzi? Każdy, kto zna realia Związku Sowieckiego, wie, że nie można tam było dostać nawet najbardziej prymitywnych przyrządów, takich jak łopaty czy kilofy. Niewydolne fabryki nie były w stanie wykonać deklarowanych planów.

A czym karmiono ludzi na Nazino?

Lokalne władze przygotowały dla nich mąkę na chleb. Problem w tym, że nikt nie pomyślał o budowie pieców. Zabrano się do tego już po przybyciu transportu. Próbowano zbudować prymitywne, gliniane piece, ale okazało się, że ziemia jest zbyt zamarznięta, by można było w niej kopać. Wtedy zdecydowano się mąkę po prostu wydzielać. Doszło wówczas do dantejskich scen. Oszalali z głodu przesiedleńcy zaczęli się tratować, bić, gryźć, byle tylko przepchać się do rozdających jedzenie. Strażnicy zaczęli strzelać ostrą amunicją do tłumu. Istne pandemonium. W końcu jakoś to opanowano i rozpoczęto rozdawanie mąki. Przybysze nie mieli jednak żadnych naczyń. Kto chodzi po Moskwie z menażką? A władze nie miały skąd wziąć 5 tys. talerzy czy kubków. W efekcie wsypywano mąkę do kapeluszy, butów, a w większości przypadków po prostu do gołych rąk.

Jednak co zrobić z taką surową mąką?

Deportowani próbowali ją mieszać z lodowatą wodą z rzeki i połykać. Efektem była epidemia dezynterii. Dystrybucję mąki przejęli szybko urkowie, a co za tym idzie – olbrzymia liczba ludzi nawet jej nie powąchała. Aby otrzymać porcję, należało bowiem oddać buty albo jakieś ubranie, a przecież ludzie po drodze zostali z wszystkiego ograbieni. Byli dosłownie nadzy. Komuniści badający później tę sprawę stwierdzili, że na wyspie zaczęły obowiązywać zasady... „pierwotnej gospodarki socjalistycznej”. Spora część zapasu mąki została zresztą zmarnowana, bo nie było skąd wziąć wystarczającej liczby worków. Mąkę zwalono wprost na ziemię i została zasypana przez śnieg. To właśnie wówczas na wyspie doprowadzeni do rozpaczy ludzie zaczęli się zjadać.

Artykuł został opublikowany w 8/2014 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.