Określenie „wojna na górze”, które skutecznie wprowadził do polszczyzny Lech Wałęsa, kompletnie fałszuje sens tego, co stało się z ruchem Solidarności w chwili jego zwycięstwa, u schyłku 1989 r. Wcale nie chodziło o to, że – jak sugerowało sławne „potrzebna jest wojna na górze, żeby na dole był spokój” – jakieś kierownictwo pobiło się w swoim elitarnym gronie, a szerokie masy tylko obserwowały to z narastającym niesmakiem, zniechęcając się stopniowo do nowej, solidarnościowej ekipy. Konflikt był tak niszczący dla mitu Solidarności, ponieważ od pierwszej chwili chodziło o wciągnięcie weń mas. Pokłócone stronnictwa antywałęsowców i wałęsowców potraktowały Polaków tak, jak czasem drący koty rodzice traktują dziecko, zmuszając je do sędziowania w awanturze, której biedactwo nie rozumie i nie chce rozumieć, bo je to rani. Oczywiście i mamusia, i tatuś robią to w przekonaniu, że dziecko musi opowiedzieć się po ich stronie.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

