Czarnobylski horror „likwidatorów”
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Czarnobylski horror „likwidatorów”

Dodano: 
Dekontaminacja pojazdów biorących udział w akcji ratunkowej po katastrofie w Czarnobylu
Dekontaminacja pojazdów biorących udział w akcji ratunkowej po katastrofie w Czarnobylu Źródło: Wikimedia Commons / IAEA Imagebank - CC BY-SA 2.0
Ludzie usuwający skutki katastrofy nie byli przygotowani na promieniotwórcze piekło, które czekało na nich w Czarnobylu. Najbardziej napromieniowani dosłownie rozpadali się na oczach swoich bliskich

Ludmiłę Ignatienko w środku nocy obudziły krzyki. Dwudziestotrzylatka mieszkała ze swoim o dwa lata starszym mężem Wasilijem w Prypeci, mieście zbudowanym zaledwie kilka kilometrów od elektrowni atomowej w Czarnobylu, w hotelu dla rodzin strażaków. Ignatienkowie spodziewali się właśnie pierwszego dziecka.

„Wyjrzałam przez okno. Mąż mnie zobaczył. »Zamknij lufcik i idź spać. Pali się w elektrowni. Wrócę niedługo«. Samego wybuchu nie widziałam. Tylko płomień. Wszystko się jakby świeciło… Całe niebo… Wysokie płomienie. Kopeć. Straszliwy żar. A męża ciągle nie ma i nie ma – wspominała Ludmiła Ignatienko na kartach książki „Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksijewicz. – Dym był z sadzą, bo palił się bitumen – dach elektrowni był zalany bitumenem. Mąż potem wspominał, że chodzili tam jak po smole. Tłumili ogień, a on się rozpełzał. Podnosił. Strącali kopniakami gorący grafit… Pojechali bez brezentowych skafandrów, tak jak stali – w samych koszulach. Nikt nie uprzedził, wezwano ich do zwykłego pożaru…”.

Jej mąż szybko został przewieziony do Moskwy, do specjalistycznej kliniki, gdzie trafili też inni strażacy z Czarnobyla, którzy tuż po wybuchu reaktora nr 4 brali udział w akcji gaśniczej. Do stolicy ZSRS dotarła też Ludmiła Ignatienko, która koniecznie chciała być przy mężu, mimo że była już w zaawansowanej ciąży.

„Zaczęła mu pękać skóra na rękach, na nogach… Całe ciało pokryło się bąblami. Kiedy kręcił głową, na poduszce zostawały kępki włosów… A wszystko takie kochane, bliskie… Próbowałam żartować: »To nawet lepiej. Nie muszę przynosić grzebienia« – wspominała Ludmiła Ignatienko. – Ostatnie dwa dni w szpitalu… Podnoszę jego rękę, a kość się rusza, chwieje, oderwała się od ciała. Kawałki płuca, wątroby wypadały przez usta… Krztusił się własnymi wnętrznościami… Owijałam rękę bandażem i wsuwałam mu do ust wszystko to, co z niego wyjmowałam… Tego się nie da opowiedzieć! Nie da się opisać! Nawet przeżyć… To wszystko jest takie moje…”.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.