PIOTR WŁOCZYK: Skąd się wzięła „maszynka służąca do rozdzielania zapałki na cztery części”?
DR KAMIL PISKAŁA: Ta maszynka była zapewne wynikiem fantazji Antoniego Słonimskiego, publicysty, który tak to opisał, natomiast samo dzielenie zapałek w przedwojennej, ogarniętej wielkim kryzysem Polsce to po prostu fakt. Przyczyną był monopol. W międzywojennej Polsce państwo przekazało koncesję na produkcję zapałek szwedzkiej firmie w zamian za pożyczkę. A jak wiemy, ceny towarów monopolowych są z natury rzeczy wysokie.
Problem dostępności zapałek pogłębił wielki kryzys, który w pierwszej połowie lat 30. uderzył w polską gospodarkę, szczególnie w wieś. Większość mieszkańców Polski żyła przecież z produkcji rolnej, więc gdy załamały się ceny żywności, ich dochody uległy znacznemu uszczupleniu. W latach kryzysu wieś drastycznie zubożała, co sprawiło, że wiele rodzin musiało szukać oszczędności wszędzie, gdzie się dało. Stąd właśnie to dzielenie zapałek, które w PRL traktowano jako symbol przedwojennej biedy. Ale nie jest to jedynie anegdota. Dość powiedzieć, że w 1936 r. wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski przyznał w Sejmie, że na wsi dzieli się zapałki.
Dość łatwo można sobie wyobrazić, że da się podzielić zapałkę na dwie części. Ale na cztery?
Nie mamy wiarygodnych przekazów opisujących technikę dzielenia zapałek. W tamtych czasach zapałki były dużo grubsze niż dzisiejsze, więc myślę, że nie tak trudno było podzielić jedną sztukę przynajmniej na dwie części.
Ale wieś radziła sobie z tym problemem w jeszcze inny sposób. Mamy relacje mówiące o kobietach przemykających rano po wioskach z płonącymi szczapami drewna. Ludzie „pożyczali” ogień od sąsiadów, żeby oszczędzać zapałki.
Jak zła była sytuacja ówczesnej Polski, jeżeli spojrzymy na najważniejsze wskaźniki?
Niedawno oszacowano PKB przedwojennej Polski. Z tych badań wynika, że w najgorszym momencie kryzysu spadek ten wyniósł ponad 20 proc. w porównaniu z ostatnim rokiem przed załamaniem.
Druga kwestia to tąpnięcie produkcji przemysłowej – sięgnęło ono ponad 40 proc. Czyli niemal o połowę skurczyła się w Polsce produkcja przemysłowa.
Wielkim problemem było oczywiście bezrobocie. Ówcześnie szacowano, że w przemyśle i usługach bezrobocie przekroczyło 30 proc. Jeszcze lepiej widać to w roboczogodzinach. Jeżeli porównamy rok 1929 do 1932 r., to analizując pracę w zakładach przemysłowych zatrudniających ponad 20 osób, bo tylko dla takich mamy statystyki, zobaczymy, że ubytek roboczogodzin przekracza 40 proc.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
