TOMASZ ZBIGNIEW ZAPERT: Skąd rekrutowano w Polsce Ludowej seksagentki?
RAFAŁ OLBERT: Głównie ze środowiska ekskluzywnych prostytutek, otrzymujących od swoich zagranicznych klientów wynagrodzenie w zachodnich walutach – stąd potocznie określano je „dewizówkami”. Były to kobiety cechujące się urodą, obyciem towarzyskim, znajomością języków obcych, a jednocześnie umiejące zachować dyskrecję. Wieloletni szef kontrwywiadu PRL, gen. Władysław Pożoga, nazwał je w swoich wspomnieniach „pogotowiem seksualnym” MSW. Oprócz dewizówek w zastawianiu pułapek miłosnych brały też niekiedy udział romansujące z dyplomatami kobiety, godzące się na współpracę z SB w zamian za różnorakie korzyści.
Czy – i ewentualnie jak – je szkolono? Czym wynagradzano?
Specjalistycznego szkolenia nie wymagały, doskonale potrafiły wykorzystać swoją atrakcyjność w celu uwiedzenia wyznaczonego mężczyzny. Czasami przygotowywano im odpowiednią legendę, co pozwalało dziewczynom wcielać się w różne role. Niekiedy też wysyłano je w parach, tak aby dyplomata mógł wybrać bardziej mu odpowiadającą.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
