Młody i świetnie zapowiadający się kompozytor Romuald Twardowski przybył w końcu 1957 r. z Wilna do Warszawy. Przeżył z rodziną wojnę na Litwie, dwie okupacje sowieckie, jedną niemiecką i litewską, a następnie 12 lat powojennych w sowieckim już Wilnie. Dzięki polskiemu środowisku, które pozostało w stolicy republiki litewskiej, odebrał początki nauczania muzycznego, gry na fortepianie i organach. Jeszcze przed maturą ukończył konserwatorium i zaczął komponować, odnosząc pierwsze sukcesy. Wcześniej grywał na organach w wielu kościołach, które pozostały jeszcze katolickie. Gdy zaczęto je kolejno likwidować, poza grą tylko w jednym organizował chóry i spotkania muzyczne. W Wilnie usuwano ślady polskości, zamykano zakony, zabierano także cmentarze. Cmentarz bernardyński, jak wspominał, ocalał tylko dlatego, że znajdował się tam grób matki Dzierżyńskiego z krzyżem i nagrobkiem z napisem: „Najlepszej z matek”.
Dopiero po 1956 r. i długich zabiegach, które nazywano myląco repatriacją, pozwolono rodzinie Twardowskiego na opuszczenie Litwy i przyjazd do Polski. Zamieszkał najpierw z matką w Częstochowie i na Śląsku, a studia muzyczne rozpoczął w Warszawie od razu na trzecim roku.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
