Gdy pada data 1956 r., to zazwyczaj kojarzona jest z rewoltą robotników Poznania z czerwca tamtego roku, a nie z dojściem Władysława Gomułki do władzy. Na podobnej zasadzie rok 1970 wspominamy jako datę zrywu robotników Wybrzeża, a nie moment dojścia do władzy ekipy Edwarda Gierka. Skoro tak, to kto chciał z października 1956 r. zrobić datę analogiczną do społecznych wybuchów?
Dziś to już lekko pożółkły projekt, ale najwięcej wysiłku w tym kierunku wykonał obóz lewicowo-liberalny. Jeśli ktoś zada sobie trud, aby zajrzeć do numeru „Gazety Wyborczej” czy „Polityki” z okazji okrągłych rocznic Października ’56, to zauważy, że aż do pierwszej dekady XXI w. próbowano z Października ’56 zrobić kolejną datę społecznego wybuchu. Było to oczywiście po części prawdziwe, bo w wiecach na rzecz zmian uczestniczyły wtedy setki tysięcy ludzi i była też chęć wykreowania legendy własnego środowiska. Bo to wtedy tacy późniejsi luminarze postsolidarnościowej lewicy jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski przeżyli swoje osobiste zerwanie z wiarą w stalinizm i rozpoczęli swoją drogę do sprzeciwu przeciwko władzy PRL.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
