Część polityków i bębniących w prowojenne tony mainstreamowych mediów wciąż zachowuje się tak, jakby nie przyjmowała do wiadomości, że ciężko będzie bez końca unikać wciągnięcia Polski w trwającą wojnę, prowadząc w tym zakresie politykę coraz bardziej ryzykowną. O ile jest zrozumiałe, że obecne rządy w Berlinie, Paryżu i Londynie szukające pozorów uzasadnienia centralizacji Unii Europejskiej, a jednocześnie odrzucane przez własne społeczeństwa, mogą być gotowe na ewentualne rozszerzenie konfrontacji z Rosją, o tyle w interesie Polski leży jak najszybsze jej zakończenie. Gdyby bowiem doszło do rozszerzenia wojny, to teatrem działań zbrojnych byłaby Europa Wschodnia, w tym Polska. Nawet jeśli nasze terytorium nie stałoby się polem bitwy lądowej – bo byłaby to prawdopodobnie wojna powietrzna z zamiarem wyeliminowania naszej infrastruktury i zdolności wojskowych – to przecież nie po to Polacy dźwignęli gospodarkę i swoje państwo po roku 45. i PRL-u, by teraz dać uwikłać własny kraj w kolejne militarne starcie mocarstw.
Zwolennicy kontynuowania wojny argumentują konsekwentnie, że właśnie dlatego rosyjskie wojska muszą zostać powstrzymane na Ukrainie. Drogą do tego celu ma być ich zbrojne pokonanie, a przynajmniej odepchnięcie. Zachód, w tym Polska muszą więc wspierać walkę jeszcze bardziej i tak dalej – słyszymy to bez przerwy w mediach. Warto jednak ponawiać w tym kontekście dwa zagadnienia. Po pierwsze, czy następnym celem Rosji jest atak na Polskę? Po drugie, czy przedłużanie wojny na wyniszczenie polepszy, czy pogorszy sytuację Ukrainy?
Rosja i Polska nie są skazane na wrogość i wojnę
Oczywiście rozbudowa i modernizacja polskich sił zbrojnych jest konieczna i należałoby ją przeprowadzić nawet gdyby Rosja była niegroźna. Silne wojsko stanowi ważny argument w nieubłaganych realiach politycznych, nawet jeśli nie musi w danym czasie kogokolwiek odstraszać. Ale jednocześnie nasza dyplomacja powinna zadbać o poprawę stosunków z Rosją zanim Zachód poukłada się z nią "nad naszymi głowami", co przecież prędzej czy później nastąpi. Odkładając na bok zrozumiałe antyrosyjskie emocje, warto powtarzać pytania, które padają regularnie m.in. w "Do Rzeczy". Mianowicie, w jakim celu Rosja miałaby najechać i okupować Polskę albo nagle zasypać gradem rakiet balistycznych? Do czego byłoby to jej potrzebne, tym bardziej, gdyby wojna na Ukrainie dobiegła końca? Dlaczego miałaby ryzykować wojnę z NATO, od którego – gdyby Sojusz podjął walkę – jest znacznie słabsza, skoro tak ciężko idzie jej z Ukrainą? Dlaczego miałaby psuć poprawiające się stosunki z USA, które w gruncie rzeczy uznają jej mocarstwową pozycję? Czy może mieć pewność, że jeśli zaatakuje Polskę – musiałaby to zrobić z Białorusi – to Amerykanie nie uderzą w te siły? Nawet gdyby przedsięwzięcie zajęcia i okupowania Polski miało się powieść, czy byłaby w stanie ponieść jego koszt finansowy, logistyczny i ludzki? Czy może zwolennicy tezy o nadchodzącej inwazji uważają, że Putin zainstalowałby u władzy swojego namiestnika, po czym wycofał wojska, a Polacy, by to uznali? Wiemy dziś, że w lutym 2022 r. Rosja zaatakowała armią liczącą około 150–190 tysięcy żołnierzy – wielokrotnie za mało, by podbić i okupować Ukrainę. Czy naprawdę następnym ruchem tych wojsk miało być najechanie Polski? To tylko niektóre z wielu pytań pozostających bez odpowiedzi innej niż mówiąca o szaleństwie Putina i nieobliczalności Rosji, co rzecz jasna żadnym wyjaśnieniem nie jest.
Mainstream przez pięć lat przekonywał Polaków, że Putin lada dzień najedzie Europę, jednocześnie twierdząc, że jego wojska przegrywają na Ukrainie i piętnował głosy, które podnosiły, że są to tezy wzajemnie się wykluczające. Eksperci głównego nurtu, którzy pięć lat temu ogłaszali uderzenie za dwa, trzy lata, dziś wskazują jako pewnik nowe terminy. O tym, że Moskwa nie zamierza przeprowadzić inwazji na Polskę powiedziano i napisano wiele, chociażby w ostatnich tygodniach. Pomijając, że wielokrotnie zapewniał o tym Kreml, bo wiadomo, że mogą przedstawiać racjonalną argumentację, a ostatecznie kłamać, mówili to liczni poważni analitycy, ale oznajmili to również generał Alexus Grynkewich, Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO w Europie, a także premier Donald Tusk. Obaj nadmienili, że służby Zachodu spodziewają się kontynuacji, a nawet nasilenia rosyjskich działań hybrydowych, ale nie inwazji.
Podobne zdanie wyraził niedawno na łamach tygodnika "Do Rzeczy" generał Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. "W moim przekonaniu pełnoskalowa wojna Rosji z Polską jest niemożliwa z punktu widzenia potencjalnych celów, które miałaby osiągnąć Rosja, dodatkowo uwikłana w wojnę na Ukrainie. Ewentualne rozpętanie takiej wojny przez Rosję byłoby czynem szalonym, przejawem skrajnego awanturnictwa polityczno-wojskowego. Rosja będzie chciała przetestować spójność NATO, a konkretniej artykułu piątego Paktu Północnoatlantyckiego w krajach bałtyckich. To realny scenariusz obliczony na pokazanie, że NATO nie zareaguje, a więc jest niepotrzebnym reliktem zimnej wojny. Jeśli chodzi o Polskę, można spodziewać się działań hybrydowych ze strony Rosji, wtargnięć pojedynczych dronów, ale na tym koniec. Powtarzam, nie widzę żadnych celów z perspektywy Rosji, które mogłyby uzyskać, wszczynając wojnę z Polską. W związku z tym uważam, że cała kampania narracyjna rozwijana w tej sprawie jest podporządkowana nie rosyjskim, ale naszym wewnętrznym celom politycznym" – powiedział generał. Kilkanaście dni później apelował na antenie Polsat News, by media nie rozkręcały atmosfery prowojennej.
Witold Jurasz, dziennikarz zajmujący się stosunkami międzynarodowymi i były dyplomata, którego także z pewnością ciężko byłoby posądzić o bagatelizowanie rosyjskiego zagrożenia, przypomniał niedawno w rozmowie na kanale Bogdana Rymanowskiego, że oznakami nadchodzącej ewentualnej agresji na Polskę byłyby koncentracja rosyjskich wojsk na Białorusi i wychodzenie zachodniego kapitału z naszego kraju, co się nie dzieje.
Adam Wielomski wyłożył w swojej książce "Kres hegemonii Zachodu. Narodziny świata wielobiegunowego 2022-2026" argumentację za brakiem przesłanek do inwazji Rosji na Polskę, w której konstatował także m.in., że mylnie twierdzi się u nas, jakoby Polska miałaby stać się częścią ruskiego miru i tzw. bliskiej zagranicy. "Oficjalne dokumenty i głoszona doktryna państwowo-cerkiewna nie potwierdzają tego przesądu. We współczesnej Rosji nie ma już mowy o budowie imperium uniwersalnego, a jedynie o rozgraniczeniu sfer wpływów w kształtującym się świecie wielobiegunowym".
Oficjalnie Moskwa deklaruje, że do wojny z Zachodem może dojść wyłącznie jeśli Rosja zostałaby zaatakowana lub gdy na terytorium Ukrainy byłyby wprowadzone zachodnie wojska. Timofiej Bordaczow, dyrektor programowy Klubu Wałdajskiego, czołowego rosyjskiego think tanku ds. polityki międzynarodowej wskazywał, że Rosja nie ma ani potencjału ani interesu w tym, by podbić czy politycznie zdominować przestrzeń postsowiecką. Jej polityka względem państw byłego ZSRR musi być skonfigurowana indywidualnie w zależności od geostrategicznych uwarunkowań i historycznych doświadczeń z poszczególnymi sąsiadami. Stąd m.in. ich optyka na relacje z Polską, Bałtami, Ukrainą i najważniejszą z geostrategicznego punktu widzenia Białorusią – jest wyraźnie zróżnicowana.
Konflikt o akcesję do NATO
Na przestrzeni lat Kreml w kilku formułach domagał się ustanowienia buforu pomiędzy USA i NATO a Rosją, najlepiej w postaci pasa państw neutralnych od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne, gdzie miałyby nie przebywać zagraniczne wojska i nie powstawać zagraniczne bazy wojskowe. Rozszerzenie NATO w 1999 r. (Polska, Czechy, Węgry) i 2024 r. (Rumunia, Bułgaria, Słowenia, Słowacja i Bałtyki) postawiło Rosję przed faktem dokonanym i koniecznością zrewidowania swojej doktryny w tym zakresie. Było to korzystne dla Polski, ale jednocześnie ustawiało Rosję na kursie kolizyjnym z Zachodem, bo rosyjskie elity postrzegają NATO jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa. Kiedy w 2008 r. na szczycie Sojuszu w Bukareszcie postawiono akcesję do Sojuszu Ukrainy i Gruzji, Moskwa zakomunikowała – co opisuje np. w swojej książce prof. Mearsheimer, zwracając uwagę, jak przed tym przestrzegano – że nie pozwoli na dalsze rozszerzanie NATO na wschód i prędzej zniszczy Ukrainę, niż zaakceptuje istnienie tuż przy swojej granicy państwa mogącego stanowić narzędzie innego mocarstwa do wywierania na nią presji, a być może – zdaniem władz Rosji – bazy wypadowej do uderzenia militarnego.
Późniejsze wydarzenia – konflikt z Gruzją 2008, Majdan 2013-2014 (według Moskwy zamach stanu z udziałem CIA, zdaniem Kijowa Rewolucja Godności) aneksja Krymu i Donbas 2014, czyli faktyczny początek wojny rosyjsko-ukraińskiej, potwierdzały determinację Moskwy, by nie dopuścić do strategicznego zbliżenia Ukrainy z Zachodem, w tym do jej przyszłego członkostwa w NATO. Strona rosyjska wyrażała obawy, że po akcesji do Traktatu Północnoatlantyckiego Ukraina będzie zabiegała o wykorzystanie sił sojuszniczych w Donbasie oraz do odzyskania Krymu. Na przełomie 2021 i 2022 r. Moskwa formułowała liczne ostrzeżenia o możliwości wybuchu konfliktu zbrojnego, jeżeli Kijów nie zrezygnuje z aspiracji do NATO. Zełenski zaprzeczał, jakoby chciał integracji z Zachodem po to, by zbrojnie odbić zabrane ziemie i wyrażał stanowisko, że wrócą one do Ukrainy, ale w drodze pokojowej, przypominając, że NATO jest sojuszem o charakterze defensywnym, nie ofensywnym.
Moskwa wielokrotnie powoływała się natomiast na natowskie bombardowania w Bośni i Jugosławii jako przykłady ofensywnego użycia wojsk Sojuszu. Rosja nie może już odkręcić tego, że państwa Europy Środkowej należą do NATO, jednak kwestię neutralności Ukrainy postrzega jako dla siebie egzystencjalną. Faktem jest też, że przed inwazją na Ukrainę Rosjanie przedłożyli Amerykanom żądania de facto przywrócenia w Europie Środkowo-Wschodniej układu z momentu rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 roku. Mianowicie w projektach traktatów skierowanych w grudniu 2021 roku w sprawie bezpieczeństwa w Europie do USA i państw NATO, Rosjanie zażądali, by obie strony zobowiązały się, że "nie będą rozmieszać swoich sił zbrojnych i broni na terytorium wszystkich innych państw europejskich poza siłami stacjonującymi na tym terytorium według stanu na dzień 27 maja 1997 roku". Oczywiście Waszyngton nie mógł się zgodzić na taki dyktat i odmówił, ale raz jeszcze pokazało to, w jakim niebezpieczeństwie znajdowała się Ukraina. Od 2014 roku Kijów przygotowywał się do dużej wojny z Rosją, ale wedle przekazów, które znamy, w lutym 2022 roku Zełenski sądził, że Putin blefuje demonstrując wojskami przy granicach Ukrainy.
Przed rozpoczęciem drugiej fazy wojny w 2022 roku, władze Federacji Rosyjskiej miały wobec Kijowa kilka żądań. Po pierwsze domagały się wpisania do konstytucji Ukrainy klauzuli o neutralności, czyli gwarancji, że nie przystąpi ona do NATO i nie wpuści na swój teren natowskich wojsk. Po drugie chciały konstytucyjnych gwarancji w postaci przyznania rosyjskojęzycznej wschodniej części państwa szerokiej autonomii, co było jednym z punktów postanowień mińskich. Po trzecie chodziło o uznanie aneksji Krymu.
21 lutego 2022, trzy dni przed rozpoczęciem agresji nazwanej "specjalną operacją wojskową" Władimir Putin wyłożył w głośnym przemówieniu rosyjskie żądania wobec Ukrainy. Omawiając je, polskie media skoncentrowały się na narracji historycznej rosyjskiego prezydenta, podczas gdy wydaje się, że sedno konfliktu w rozumieniu rosyjskiego establishmentu zostało wyrażone w innym fragmencie. W żaden sposób nie usprawiedliwia to inwazji, ale Putin sformułował w nim myśl, że z obawy o swoje bezpieczeństwo Federacja Rosyjska nie pozwoli na zainstalowanie na Ukrainie NATO. Oto wspomniany fragment.
"Przez ostatnie kilka lat kontyngenty wojskowe państw NATO niemal bez przerwy przebywały na terytorium Ukrainy pod pretekstem ćwiczeń. System dowodzenia ukraińskimi wojskami został już zintegrowany z NATO. Oznacza to, że kwatera główna NATO może wydawać bezpośrednie rozkazy ukraińskim siłom zbrojnym, nawet poszczególnym ich jednostkom i pododdziałom. Stany Zjednoczone i NATO rozpoczęły bezczelne wykorzystywanie terytorium Ukrainy jako teatru potencjalnych działań wojennych. Ich regularne wspólne ćwiczenia mają wyraźnie antyrosyjski charakter. Tylko w zeszłym roku wzięło w nich udział ponad 23 tysiące żołnierzy i ponad tysiąc jednostek sprzętu wojskowego. Uchwalono już ustawę, która zezwala na przyjazd zagranicznych wojsk na Ukrainę w 2022 roku w celu udziału w wielonarodowych ćwiczeniach. Oczywiście chodzi przede wszystkim o wojska NATO. W tym roku planowanych jest co najmniej dziesięć takich wspólnych ćwiczeń. Oczywiście wszystkie te przedsięwzięcia mają służyć jako przykrywka dla szybkiego zwiększania liczebności grupy wojskowej NATO na terytorium Ukrainy. Tym bardziej że sieć lotnisk zmodernizowanych przy pomocy Stanów Zjednoczonych w Boryspolu, Iwano-Frankowsku, Czuhujewie i Odessie – by wymienić tylko kilka – umożliwia przerzut jednostek wojskowych w bardzo krótkim czasie. Przestrzeń powietrzna Ukrainy jest otwarta dla lotów amerykańskich samolotów strategicznych i rozpoznawczych oraz dronów, które prowadzą rozpoznanie nad terytorium Rosji. Dodam, że zbudowane przez Stany Zjednoczone centrum operacji morskich w Oczakowie umożliwia wspieranie działań okrętów wojennych NATO, w tym użycie precyzyjnej broni przeciwko Flocie Czarnomorskiej Rosji oraz naszej infrastrukturze na całym wybrzeżu Morza Czarnego. [...] Kijów od dawna ogłaszał strategiczny kurs na dołączenie do NATO. [...] przystąpienie Ukrainy do NATO jest bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa Rosji. [...] Informacje, którymi dysponujemy, dają nam solidne podstawy, aby sądzić, że przystąpienie Ukrainy do NATO oraz późniejsze rozmieszczenie na terytorium obiektów NATO zostały już zdecydowane i jest to jedynie kwestia czasu. Jasno rozumiemy, że w takim scenariuszu poziom zagrożeń militarnych dla Rosji wzrośnie dramatycznie, kilkukrotnie. I chciałbym w tym miejscu podkreślić, że ryzyko nagłego uderzenia na nasz kraj wzrośnie wielokrotnie. Wyjaśnię, że dokumenty strategicznego planowania Stanów Zjednoczonych potwierdzają możliwość tak zwanego uderzenia wyprzedzającego na systemy rakietowe przeciwnika. Wiemy również, kto jest głównym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych i NATO. Jest nim Rosja. Dokumenty NATO oficjalnie określają nasz kraj jako główne zagrożenie dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego. Ukraina miałaby posłużyć jako wysunięty przyczółek do takiego uderzenia".
Jak wiadomo, współpraca wojskowa Ukrainy z państwami NATO była, natomiast nie ma dowodów na wspólnie uzgodniony plan użycia sił natowskich na Krymie i Donbasie. W każdym razie według władz Rosji próba wymuszenia na Kijowie ustępstw nie powiodła się i postanowiły uderzyć zanim Ukraina stanie się członkiem NATO i zostanie formalnie objęta artykułem 5 Traktatu.
Rosnące roszczenia Moskwy
Im dłużej toczy się wojna, tym żądania Moskwy wobec Kijowa rosną. Warunki początkowe były dla Zełenskiego nieporównanie korzystniejsze od tych, które ma dzisiaj. Rosji chodziło przede wszystkim o narzucenie Ukrainie neutralności, jednak w miarę eskalacji wojennej, wobec zaanektowania czterech obwodów oraz kurczących się sił i możliwości strony ukraińskiej, Moskwa staje się coraz mniej skłonna do ustępstw w kwestiach terytorialnych.
W pierwszych tygodniach wojny podjęto trzy próby negocjacji w sprawie neutralności Ukrainy. Wszystkie były bliskie ugody, ale zakończyły się niepowodzeniem. Na szczególną uwagę zasługuje trzecia próba, czyli Porozumienia Stambulskie. Wmarcuikwietniu 2022 roku w stolicy Turcji rozmawiały delegacje z Władimirem Miedinskim (Rosja) i Dawidem Arachamiją (Ukraina) na czele. Zawarto wówczas porozumienie wstępne zakładające, że Ukraina wpisze do swojej konstytucji stałą neutralność i uzna rosyjską aneksję Krymu oraz republiki donieckiej i ługańskiej w ich granicach, które miały przed rozpoczęciem walk (czyli nie całych obwodów). Zełenski zgodził się nie ubiegać o członkostwo w NATO i był gotowy na kompromis. Między 30 marca a 6 kwietnia Rosjanie wycofali wojska spod Kijowa. Według wersji rosyjskiej zrobili to w ramach porozumienia, jednak po pierwsze żadne porozumienie nie było wtedy zawarte, a po drugie ich "blitzkrieg" na kierunku kijowskim ugrzązł i nie rokował powodzenia. Prawdopodobnie to była prawdziwa przyczyna odwrotu i przemieszczenia sił do Donbasu, by opanować ten region zgodnie z pierwotnym planem wojny, który miał nie zakładać marszu na Kijów.
W każdym razie negocjacje, które mogły zatrzymać wojnę na samym jej początku zakończyły się fiaskiem. Arachamia powiedział później (listopad 2023), że Ukraina była gotowa podpisać w Turcji układ z Rosjanami, ale naprędce do Kijowa przybył ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson i namówił Zełenskiego, żeby je odrzucić i kontynuować walkę ze wsparciem Zachodu. Johnson stanowczo zaprzeczył jakoby miał spowodować zerwanie negocjacji. Ostatecznie jednak Zełenski odrzucił wypracowany wtedy "Traktat o stałej neutralności i gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy", uzasadniając tę decyzję odkryciem zbrodni wojennej w Buczy i wydał dekret zakazujący komukolwiek prowadzenie jakichkolwiek negocjacji z Rosją.
Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlut Cavusoglu, który uczestniczył w negocjacjach stambulskich jako mediator wielokrotnie mówił później, że w jego ocenie Anglosasi celowo storpedowali porozumienie. "Po rozmowach w Stambule nie sądziliśmy, że wojna potrwa tak długo" – powiedział w 2023 roku. "Po spotkaniu ministrów spraw zagranicznych NATO odniosłem wrażenie, że w państwach członkowskich NATO są tacy, którzy chcą, aby trwała – niech wojna trwa, a Rosja słabnie. Nie obchodzi ich zbytnio sytuacja Ukrainy" – ocenił. Numan Kurtulmus, zastępca przewodniczącego partii politycznej Erdogana powiedział w listopadzie 2022 r. w CNN Türk, że „Zełenski był gotowy do podpisania ugody przed interwencją Waszyngtonu. "Ta wojna nie toczy się między Rosją a Ukrainą. To wojna między Rosją a Zachodem. Wspierając Ukrainę, Stany Zjednoczone i niektóre kraje w Europie rozpoczynają proces przedłużania tej wojny. Chcemy zakończenia tej wojny. Ktoś próbuje do tego nie dopuścić. Stany Zjednoczone uważają, że przedłużenie wojny leży w ich interesie".
Postawa USA diametralnie zmieniła się w styczniu 2025 roku wraz ze zmianą włodarza Białego Domu. Donald Trump obiecywał nawet w kampanii wyborczej, że zakończy "tę wojnę Bidena" w dobę, co oczywiście było kompletnie niemożliwe. Niemniej jednak od początku jego administracja podjęła próby doprowadzenia do dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Amerykanie nie przestali pomagać Ukrainie, ale finansowanie tej pomocy wzięły na swoich podatników państwa unijne. Otoczenie nowego prezydenta USA wyszło z jednocześnie założenia że skoro przewaga Rosji nad Ukrainą rośnie, a jej potencjał jest kilkukrotnie większy, to siłą rzeczy musi to mieć odzwierciedlenie w negocjacjach pokojowych, jeśli o zakończeniu wojny mówi się na serio. Rozumiejąc, że zagwarantowanie neutralnego statusu Ukrainy jest warunkiem sine qua non pokoju, Trump zapewnił Putina, że Ukraina nie zostanie członkiem NATO. Trump uznał również, że Moskwa nie godzi się na żaden tymczasowy rozejm i zamrożenie konfliktu i wymaga ustanowienia trwałego pokoju. Dlatego Trump ciągle domaga się od Zełenskiego gotowości do rozwiązania stałego, nie do rozejmu.
W przedstawionym w listopadzie 2025 r. 28-puntowym amerykańsko-rosyjskim planie pokojowym ustępstwa wobec Rosji były zatem już dalej idące. Wprawdzie strona amerykańsko-ukraińska nie chciała zgodzić się z rosyjskimi roszczeniami terytorialnymi, długo proponując linię graniczną na istniejącej linii frontu w spornych obwodach donieckim, ługańskim, chersońskim i zaporowskim, ale ostatecznie dyplomaci Trumpa zorientowali się, że Rosja nie odstąpi od aneksji całych obwodów donieckiego i ługańskiego i zaproponowali, aby Ukraina zgodziła się na to w zamian za pokój.
Zełenski odmówił, argumentując, że uznanie Donbasu za rosyjski, jest bardzo problematyczne zarówno z politycznego, jak i militarnego punktu widzenia. Miałoby bowiem zobowiązać ukraińskie siły zbrojne, które tyle czasu z ogromnym poświęceniem walczyły o ten teren do opuszczenia linii umocnień, które zajmują w kontrolowanym jeszcze regionie Donbasu. Kijów wskazał, że odpuszczenie tych linii dałoby Rosji solidną podstawę do potencjalnego przeprowadzenia w przyszłości ataków na dalsze terytorium Ukrainy. Pod kontrolą strony ukraińskiej pozostało jedynie około 10 procent terytorium Donbasu, ale znajdują się tam wspomniane umocnienia z "pasem twierdz" Słowiańsk-Kramatorsk zamienionym przez Ukraińców w potężny ośrodek obronny, na który Rosjanie nie mogą oczywiście uderzyć szturmem. Prowadzą przedłużającą się operację nękania obrony miasta rakietami i dronami, szykując się do oblężenia. Moskwa komunikuje, że jeśli nie dobrowolnie, to i tak zajmie ten obszar siłą. Komentatorzy wojenni w Polsce i na Zachodzie twierdzą, że nikt nie wie, czy zdołają ten cel osiągnąć, ale finalnie zwykle wygrywa silniejszy, nie słabszy. Z pewnością Kreml zakłada, że będzie w stanie zająć militarnie cały Donbas. Stratedzy rosyjscy uważają, że ostatecznie uda się złamać zarówno Ukraińców, jak i Zachód w chęci wspierania Kijowa. Biorąc pod uwagę całość zmagań, Rosja ich zdaniem wygrywa. Dotychczasowy przebieg wojny pokazuje, że wraz z rosnącą przewagą roszczenia Moskwy wobec Kijowa rosną, a nie maleją.
Wojna na wyniszczenie Ukrainy
Czy zatem przedłużanie wojny polepszy, czy pogorszy sytuację Ukrainy? Redaktor naczelny tygodnika "Do Rzeczy" Paweł Lisicki wielokrotnie uczulał, jak szkodliwe jest dzielenie Polaków przez polityków na tych rzekomo dobrze życzących Ukrainie, czyli opowiadających się za wspieraniem wojny, mimo że sytuacja Ukrainy będzie się tylko pogarszać i tych złych Polaków, twierdzących, że niestety, ale z uwagi na rosyjską przewagę wynikającą z różnicy potencjałów, lepiej dla Ukraińców byłoby usiąść do stołu negocjacyjnego z gotowością pewnych ustępstw, ale zachować zdecydowaną większość terytorium. Lisicki zwrócił uwagę, że mainstreamowe media próbują wtłaczać ludziom do głów dogmat, jakoby przyjaźń z Ukrainą oznaczała wspieranie wojny z Rosją, a jeśli ktoś uważa, że jednak potrzebne są negocjacje, nawet gdyby Kijów miał stracić okupowane ziemie, jest przedstawiany jako wróg Ukrainy i stronnik rosyjski. Publicysta podkreślił, że dla Polski o wiele korzystniejsza byłaby sytuacja, w której Ukraina jest niepodległym, neutralnym państwem tzw. buforowym, niż jeśli ma być obszarem służącym do nieustannej zastępczej wojny rosyjsko-anglosaskiej. Co jeszcze bardziej istotne, przedłużanie się wojny, w której Polska bardzo silnie pomaga Ukrainie, siłą rzeczy stanowi dla naszego kraju rosnące niebezpieczeństwo wmanewrowania w nią.
Dopuszczając, że finalnie może okazać się to pogląd błędny, wydaje się, że rację mają ci, którzy rozumują w następujący sposób: Im dłużej będzie toczyła się wojna, tym przegrana Ukrainy będzie dotkliwsza. Im dłużej trwa, tym cierpienia ludności i potencjalne ukraińskie straty terytorialne będą większe, a roszczenia Moskwy będą rosły. Bez bezpośredniego włączenia do konfliktu wojsk jakichś państw Europy Środkowej lub Zachodniej Kijów nie ma żadnej perspektywy polepszenia swojej pozycji i odwrócenia losów wojny.
Patrząc na obecne możliwości państwa ukraińskiego – o czym mówiła w tygodniku "Do Rzeczy" Julia Mendel, była rzecznik prasowa Wołodymyra Zełenskiego – najbardziej optymistyczne szacunki wskazują, że w kraj jest od 20 do 25 milionów ludzi. Około 12 milionów to emeryci lub inwalidzi. Odejmując też dzieci poniżej 18. roku życia, zostaje niewielu zdolnych do pracy lub walki. Mendel szacuje ich na cztery miliony mężczyzn, z których część jest już na froncie. Tymczasem w Rosji mężczyzn między 18. a 60. rokiem życia jest 38 – 42 miliony. "Już na poziomie matematyki widać wyraźnie, że nie damy rady pokonać agresora" – zwróciła uwagę, dodając "wysłać cztery miliony mężczyzn do walki z 40 milionami to samobójcza polityka [...] Uważam, że kontynuowanie tej nieludzkiej wojny to potworność, za którą odpowiada również Zachód, bo nie chce jej zakończyć. Tymczasem Ukraińcy nie chcą ginąć za kraj, który nie daje im ani ideowej motywacji, bo zdławił demokrację, ani finansowej motywacji".
Już samo to jest przesądzające, a przecież Rosja ma przeważający arsenał rakietowy, własne surowce, potężną bazę przemysłową, w jakimś zakresie ciche wsparcie Chin, a w ostateczności broń atomową. Wojsko i społeczeństwo Ukrainy okazało się niesamowicie odporne, dzielne, bohaterskie, ale jest straszliwie wymęczone i ma tej wojny dosyć. Państwo finansowo jest utrzymywane przez Unię Europejską. Unia płaci też za broń, którą przysyłają Stany Zjednoczone, zadłużając w tym celu społeczeństwa państw członkowskich. Ukraina już przed wojną miała złą sytuację demograficzną, a teraz doświadcza w tym zakresie katastrofy. Tymczasem Kreml zmienił niedawno strategię, nasilając terror wobec cywilów i przede wszystkim przyjmując za cel złamanie Ukrainy poprzez zniszczenie gospodarki. Ataki, w tym na główne miasta, są teraz niemal ciągłe. Wcześniej drony i rakiety były wysyłane głównie nocą, a obecnie naloty trwają wiele godzin za dnia, by Ukraińcy nie mieli jak pracować. W ten sposób wyeliminowany został np. przemysł hutniczy. Kilka razy zostały zbombardowane mosty w Kijowie. W całym kraju są potężne problemy z prądem, co prezydent Zełenski potwierdził premierowi Tuskowi na szczycie w Brukseli w połowie października.
Jedynym ratunkiem dyplomacja?
Strona ukraińska jest w stanie zadawać rosyjskiej infrastrukturze energetycznej silnie odczuwalne, ale – miejmy miarę – punktowe ciosy, które nie są i nie będą w stanie odwrócić losów wojny przy tak dużej dysproporcji sił. Prof. John Mearsheimer, jeden z najbardziej cenionych na świecie badaczy stosunków międzynarodowych, autor wybitnych dzieł z zakresu realizmu i umiarkowania w polityce zagranicznej, takich jak "Tragizm polityki mocarstw" czy "Wielkie złudzenie. Liberalne marzenia a rzeczywistość międzynarodowa", argumentował we wrześniu, że Ukraina znalazła się w katastrofalnym położeniu, które będzie się tylko pogarszać i największym problemem Ukraińców jest to, że wojna wciąż trwa. Kijów powinien więc w jego ocenie dążyć do zakończenia wojny. – Każdy, kto wierzy, że Ukraina może odzyskać utracone terytoria, że może prowadzić strategiczną kampanię bombardowań, która rzuci Rosjan na kolana i zmusi ich do negocjacji porozumienia korzystnego dla Ukrainy, które naprawi większość wyrządzonych szkód, żyje w świecie marzeń. To się po prostu nie wydarzy – ocenił Mearsheimer.
Czytaj też:
Polska powinna mieć kanał komunikacji z Rosją. W polityce rozmawia się z każdym
