Pearl Harbor Stevena Krawczyka

Pearl Harbor Stevena Krawczyka

USS Shaw zaatakowany w Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r.
USS Shaw zaatakowany w Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Źródło: Wikimedia Commons
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk
Dodano: 
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przede mną, nade mną, obok mnie z ogłuszającym rykiem przelatywały samoloty z wymalowanymi wschodzącymi słońcami na bokach i na skrzydłach. Latały tak nisko, że widzieliśmy twarze pilotów. W tej samej chwili doszło do mnie, że właśnie w ten sposób zaczyna się dla nas wojna - wspomina Steven Krawczyk, amerykański żołnierz polskiego pochodzenia, który przeżył atak na Pearl Harbor w grudniu 1941 r. Przypominamy wywiad, który Piotr Włoczyk przeprowadził z nim w 2013 roku.

Piotr Włoczyk: Admirał Nagumo wypuścił pierwszą falę japońskiego ataku – 180 samolotów – o godz. 6 rano w niedzielę, 7 grudnia 1941 r. Pierwsze bomby spadły na Pearl Harbor o godz. 7.55. Gdzie pan wtedy był?

Steven Krawczyk: Od dwóch lat służyłem jako mechanik w bazie bombowców Hickam Field (największa z czterech baz lotniczych na Oahu – przyp. red.). Przylegaliśmy bezpośrednio do portu Marynarki Wojennej. W ten piękny niedzielny poranek akurat wybierałem się na mszę świętą, która zaczynała się o 8 rano. Do kościółka miałem dosłownie kilka kroków. O godz. 7.55 byłem jeszcze na trzecim piętrze koszar i przygotowywałem się do zejścia na dół, gdy wraz z innymi kolegami usłyszałem potworny huk eksplozji. Popatrzyliśmy na siebie wszyscy zdziwieni, pytając się nawzajem: „Skąd się wziął taki huk w niedzielny poranek?”. Pierwszą myślą było, że to marynarka prowadziła ćwiczenia, ale z drugiej strony... to była przecież niedziela! Chwilę potem koszarami znów wstrząsnął huk. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Wtedy zorientowałem się, że coś jest strasznie nie tak.

Nic jeszcze nie wyło z głośników?

Nie, wtedy jeszcze nie wszczęto alarmu, ale słysząc huki, zbiegliśmy razem z kolegami na dół i gdy tylko otworzyłem drzwi... po prostu nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przede mną, nade mną, obok mnie z ogłuszającym rykiem przelatywały samoloty z wymalowanymi wschodzącymi słońcami na bokach i na skrzydłach. Latały tak nisko, że widzieliśmy twarze pilotów. W tej samej chwili doszło do mnie, że właśnie w ten sposób zaczyna się dla nas wojna. Weszliśmy do wojny ot, tak, w oka mgnieniu, po prostu w oka mgnieniu...

Stoi pan osłupiały na zewnątrz, widzi pan Japończyków. I co dalej?

Japońscy piloci wzięli nas na celownik, więc wróciliśmy natychmiast do koszar, które dawały nam jako taką osłonę, ponieważ były zbudowane ze zbrojonego betonu. Nasza grupka liczyła około pięć–sześć osób. Pobiegliśmy do zbrojowni i chwyciliśmy za jedyne karabiny, które tam znaleźliśmy – springfieldy M1903. Na marginesie dodam, że z tych karabinów nasi żołnierze strzelali do Niemców jeszcze w czasie I wojny światowej.

Zdawał pan sobie chyba sprawę z tego, że raczej nie wyrządzicie napastnikom większej krzywdy tą bronią?

Tak, ale w całym tym chaosie i przy takiej nawale ognia przeciwnika to była jedyna rzecz, którą mogliśmy zrobić. Tylko w taki sposób mogliśmy stawić jakiś opór, zamiast biernie przyglądać się, jak Japończycy obracają naszą bazę w ruinę.

Ale jakby tego było mało, to miał pan jeszcze pewien problem ze swoim springfieldem...

Tak. W tamtych czasach mechanicy US Army (aż do 1947 r. amerykańskie lotnictwo wojskowe było częścią US Army – przyp. red.) nie przechodzili nawet podstawowego szkolenia, które przechodzą obecnie nasi następcy. Dlatego też, co wielu może zdziwić, tego dnia po raz pierwszy w życiu strzelałem z karabinu. Zanim jednak pociągnąłem za spust, musiałem poprosić pewnego lotnika, żeby pokazał mi, jak obsługiwać tę broń. Po tym błyskawicznym szkoleniu stanęliśmy wszyscy z karabinami przy otworach okiennych, porobiliśmy dziury w moskitierach i zaczęliśmy strzelać do krążących nad lotniskiem na bardzo małej wysokości Japończyków.

Udało wam się cokolwiek zdziałać?

Nie jestem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Widziałem wprawdzie płomienie wydobywające się z dwóch–trzech samolotów, do których strzelaliśmy, ale nie mam zielonego pojęcia, na czyje konto można byłoby zapisać te trafienia. Generalnie trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że wszystko, co wtedy robiliśmy, było w zasadzie jedynie „moralną” obroną.

A co się działo z prawdziwą obroną, czyli z artylerią przeciwlotniczą na Hickam Field?

U nas akurat jej nie było. Stanowiska takie były wprawdzie rozlokowane w pobliżu, w innych fortach, ale na samym lotnisku nie mieliśmy takiego sprzętu.

Jak ważnym celem było Hickam Field dla Japończyków?

Nasza baza miała za zadanie zapewniać wsparcie lotnicze w tym rejonie Pacyfiku – stacjonowały u nas m.in. bombowce B-17, czyli tzw. latające fortece. To była zupełnie nowa baza. Japończykom bardzo zależało na zniszczeniu nas, bo chcieli mieć pewność, że nie poderwiemy naszych bombowców, żeby zniszczyć lotniskowce, z których nas zaatakowano.

Co dokładnie atakowali Japończycy?

Zrzucali bomby na hangary i samoloty stojące na płycie, a myśliwce Zero ryły nam pasy startowe swoimi karabinami. Widzieliśmy chmarę samolotów, ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że przez 2,5 godziny Pearl Harbor atakowało ponad 300 samolotów! Dopiero po obejrzeniu „Tora! Tora! Tora!” w pełni zrozumiałem, co się u nas stało tego dnia. Aż do tego momentu (film miał premierę w 1970 r. – przyp. red.) miałem raczej fragmentaryczny ogląd wydarzeń z 7 grudnia. Ten film to naprawdę dobry dokument.

Lotnisko Hickam Field po japońskim ataku, 7 grudnia 1941 r.

Na nasze szczęście Hickam Field było bardzo rozłożystym celem, więc nie ponieśliśmy aż tak wielkich strat wśród ludzi (121 stacjonujących tam żołnierzy poniosło śmierć – przyp. red.). Z kolei w bazie Marynarki Wojennej, która była tuż obok, wszystko było bardziej skoncentrowane, więc jedna bomba mogła dokonać – i dokonała, jak w przypadku pancernika „Arizona” – gigantycznych spustoszeń wśród załogi (na okręcie tym zginęło 1177 marynarzy, prawie połowa wszystkich ofiar japońskiego ataku – przyp. red.).

Słyszał pan w tle walki odgłosy kolejnych eksplozji dochodzących z bazy Marynarki Wojennej?

Właśnie później już nie słyszałem tych eksplozji i do tej pory nie rozumiem dlaczego, ponieważ były one podobno strasznie głośne. Choć przez cały ten ciągły huk i chaos nie kojarzę potężnej eksplozji na „Arizonie”, ale pamiętam za to czarny dym, który wydobywał się z pancernika. Pewnie wiele osób kojarzy ten dym ze zdjęcia, które jest jednym z najczęściej pojawiających się w kontekście ataku na Pearl Harbor. Dym był strasznie gęsty i gdy przywiało go nad naszą bazę, zasłał cały teren, tak że nie byłem w stanie widzieć dalej jak na 2 metry przed sobą. W pewnym sensie „Arizona” osłoniła nas więc przed Japończykami.

Jak długo strzelaliście do napastników? Przez całe 2,5 godziny ataku?

Nie. W pewnym momencie – nie potrafię tego dokładnie umiejscowić w czasie – japoński bombowiec zrzucił na nas bombę, która wybuchła w środku koszar za ścianą, jakieś 10 metrów ode mnie. Eksplozja odrzuciła mnie kilka metrów do tyłu i spowodowała wstrząśnienie mózgu. Wszystko pociemniało mi na chwilę przed oczami, ale wciąż trzymałem w rękach karabin (śmiech). Wybuch tej bomby sprawił, że resztę ataku pamiętam jak przez mgłę. Wspomnienie wszystkiego tego, co robiłem potem, nie jest tak ostre jak chwil z początku ataku. Ta bomba właściwie zakończyła więc dla całej naszej szóstki akcję przeciwko Japończykom.

Dalej był szpital?

Nie, aż tak źle ze mną nie było, więc nie zawracałem nikomu tym głowy. Byli inni naprawdę ciężko ranni.

Jaki widok ukazał się pańskim oczom po ataku?

Przede wszystkim ogromne straty w samolotach (42 bombowce stacjonujące na Hickam Field zostały zupełnie zniszczone, a dziesiątki innych ciężko uszkodzone – przyp. red.). Poza tym straszny był widok porozrywanych hangarów i pooranej płyty. To było jedno wielkie pobojowisko.

Co pan robił po ataku?

Resztę dnia wypełniła próba ogarnięcia całego tego chaosu. Nie pamiętam już w ogóle wieczoru, ale pamiętam noc. Bezpośrednio po ataku ewakuowano rodziny członków sił zbrojnych do kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Spędziliśmy więc pierwszą noc wojny w garażu domu jednej z takich rodzin. Z tą nocą kojarzy mi się niezwykły moment. Ktoś zdobył radio i wczesnym rankiem następnego dnia słuchaliśmy, jak prezydent Roosevelt wygłaszał mowę, w której prosił Kongres o wypowiedzenie wojny Japonii. To było niesamowite uczucie, bo siedząc wtedy w garażu, już widzieliśmy, jak wygląda wojna, którą prezydent dopiero wypowiadał w dalekim Waszyngtonie.

Pamiętam też uczucie niepewności, które towarzyszyło wszystkim tuż po ataku. Zastanawialiśmy się, czym właściwie była ta napaść. Czy był to tylko jednorazowy bandycki wypad lotniczy, czy może przygotowanie do inwazji? Właśnie dlatego musieliśmy błyskawicznie przygotować całą infrastrukturę potrzebną do wznowienia pracy bazy, by z powietrza przekonać się, co nam grozi. To był bardzo napięty czas.

Na pewno oglądał pan hollywoodzką superprodukcję „Pearl Harbor” z 2001 r. Chciałem pana zapytać o scenę z końca filmu, gdy dwóch głównych bohaterów wskakuje do cudem uratowanych myśliwców i samotnie bije się z wrogiem...

Ale tak właśnie było w rzeczywistości! Nie udało się przygotować do startu zbyt wielu maszyn z uwagi na całkowite zaskoczenie atakiem, ale znalazło się kilku pilotów myśliwców P-40, którzy wskoczyli do auta i wyjechali na obrzeża bazy Wheeler Field, gdzie uchowało się kilka myśliwców. Niektórzy z nich zostali zabici, gdy usiłowali oderwać maszyny od ziemi, ale innym udała się ta sztuka. Jednym z nich był as przestworzy George Welch, który w ciągu pół godziny strącił pięć japońskich samolotów. To, że ci lotnicy wzbili się w powietrze, walczyli z sukcesem z wrogiem, a potem wylądowali, brzmi jak cud, ale można to też przypisać umiejętnościom naszych pilotów (śmiech).

Ile razy powtarzano wam przed atakiem, że Pearl Harbor jest zupełnie bezpieczne? Że system obrony bazy jest nie do pokonania, a poza tym port jest zbyt płytki na atak torpedowy z powietrza?

Rzeczywiście, byliśmy utwierdzani w przekonaniu, że nie możemy zostać zaatakowani. Mieliśmy wszyscy wrażenie, że nasza obrona jest na tyle potężna, że nikt nie byłby w stanie nas zaskoczyć i zaatakować, bo byłoby to samobójstwo. Okazało się, że wszyscy byliśmy w wielkim błędzie. Trzeba jednak przyznać, że Japończycy zaplanowali cały atak bardzo starannie i dlatego był on bardzo skuteczny.

Spośród całego ciągu zdarzeń, które poszły tego poranka nie po waszej myśli, najbardziej zdumiewająca jest sprawa radaru wczesnego ostrzegania. Już godzinę przed atakiem jedna z baz na wyspie zidentyfikowała dużą formację samolotów lecących w waszym kierunku...

Radar był wtedy jeszcze w powijakach, to nie było nieomylne narzędzie. Rzeczywiście, dwóch żołnierzy obsługujących radar wczesnego ostrzegania wykryło grupę samolotów zbliżających się do Oahu. Zgłosili to swojemu przełożonemu, ale on to zlekceważył, mówiąc, że to nic innego jak tylko nasze bombowce B-17, które zbliżały się do Hickam Field, by zrobić przystanek na trasie na Filipiny. Mieliśmy więc szansę na wykrycie ich wcześniej, przez co atak nie byłby kompletnym zaskoczeniem...

I między innymi dlatego wciąż żywa jest teoria, w myśl której Roosevelt doskonale wiedział, że Japończycy płyną, by zaatakować Pearl Harbor, ale umożliwił im to, by wywołać u Amerykanów szok i aby USA wyszły z izolacjonizmu.

To tylko durne spekulacje. Dla mnie jest to niewyobrażalne, żeby nasz kraj świadomie wystawił nas na atak Japończyków. Być może inne kraje nie miałyby takich skrupułów, ale na pewno takim krajem nie jest Ameryka.

Wróćmy jeszcze do przygotowań do obrony bazy. Wasze dowództwo wcale nie obawiało się najbardziej ataku z powietrza.

Straciliśmy tyle samolotów właśnie dlatego, że dowództwo najbardziej bało się aktów sabotażu, z uwagi na fakt, że Hawaje zamieszkiwało wielu Japończyków. Samoloty były zgrupowane razem, abyśmy mogli łatwiej je ochronić przed próbami zniszczenia przez ewentualnych sabotażystów. Niestety, w czasie ataku z powietrza było to dla nas tragiczne w skutkach. Takie grupy samolotów stały się bardzo łatwym celem dla japońskich pilotów. Ale to było efektem tego, że atak z powietrza był dla nas po prostu niewyobrażalny.

Tak samo zgrupowane były też okręty w porcie. To także spowodowane było strachem przed sabotażem?

Nie, akurat okręty wojenne zawsze stały jeden obok drugiego.

Co pan sobie pomyślał, gdy doszło do pana, jakie ponieśliście straty? Że Flota Pacyfiku to już historia?

Zdawaliśmy sobie sprawę, że zostaliśmy mocno pokiereszowani. Ale na szczęście uniknęliśmy prawdziwej tragedii, bo przecież w bazie nie było lotniskowców. Gdyby Japończycy zniszczyli nasze lotniskowce w takim stopniu, jak zniszczyli pancerniki Floty Pacyfiku, to byłoby z nami naprawdę źle...

Kiedy zobaczył pan bazę marynarki po ataku?

Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale nie było to na pewno bezpośrednio po ataku, bo przez dłuższy czas nie opuszczaliśmy naszej bazy lotniczej. Byliśmy zbyt zajęci pracą na Hickam Field, by interesować się tym, co robi Marynarka Wojenna. Naszym zadaniem było jak najszybsze postawienie bazy bombowców na nogi, bo przecież mieliśmy przed sobą do stoczenia wojnę z Japonią o Pacyfik.

Nie martwił się pan o znajomych z marynarki?

Nie miałem żadnych znajomych w Marynarce Wojennej. Mimo że byliśmy bardzo blisko siebie, US Army i US Navy były zupełnie odrębnymi światami.

Tuż po ataku głównodowodzący Floty Pacyfiku Husband Kimmel został zastąpiony przez Chestera Nimitza. Jak przyjęliście tę decyzję?

Prawdę powiedziawszy, raczej nie interesowały nas te sprawy, bo świeżo po ataku byliśmy skupieni tylko na jednym zadaniu – postawieniu całej bazy z powrotem na nogi, żebyśmy mogli walczyć z Japonią. Wtedy nie myśleliśmy o tym, kto był winien temu, że Japończykom udało się nas zaskoczyć. Na to pytanie odpowiedziała później historia (Kimmel, przed atakiem czterogwiazdkowy admirał US Navy, w 1942 r. przeszedł na emeryturę zdegradowany do stopnia dwugwiazdkowego kontradmirała – przyp. red.).

Jak silna była żądza odwetu?

Chyba nawet nie muszę mówić, co się w nas działo po 7 grudnia...

No i w końcu stało się – cztery miesiące po ataku na Pearl Harbor ppłk Doolitlle poprowadził pierwszy amerykański nalot na Japonię. 16 bombowców B-25 niewiele zaszkodziło wprawdzie japońskiemu przemysłowi, ale przecież nie o to chodziło w tej misji.

To było dla nas coś niesamowitego! Japończycy przez cały ten czas myśleli, że są nie do ruszenia, bo dzielił ich od nas kawał oceanu. Tak samo zresztą my myśleliśmy o sobie przed Pearl Harbor. Nawet mimo bardzo ograniczonych zniszczeń, jakie dokonali wtedy nasi lotnicy nad Tokio, samo to, że spadła na Japończyków choć jedna bomba, bardzo nas podniosło na duchu. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem planu Doolittle’a i tego, jak ci chłopcy go zrealizowali.

Aż do 7 grudnia 1941 r. USA były pogrążone w izolacjonizmie. Jak wyglądały nastroje wśród żołnierzy na Hawajach?

Zacznę od wyjaśnienia, że jestem Amerykaninem polskiego pochodzenia. Moi rodzice przyjechali do USA z polskich terenów, więc naprawdę straszne wrażenie zrobiła na mnie wiadomość, że Hitler napadł na Polaków, naród tak bardzo miłujący pokój.

Nie mogę mówić w imieniu wszystkich, którzy stacjonowali wtedy na Hawajach, ale generalnie żyliśmy w odizolowanym środowisku, 2,5 tys. mil od kontynentalnych USA. Żyliśmy spokojnym życiem na tej rajskiej wyspie i poniekąd nie byliśmy na bieżąco z tym wszystkim, co się działo poza nami. Widzieliśmy oczywiście, że narasta napięcie między nami a Japonią, ale jeżeli już spekulowaliśmy na temat ewentualnego celu Japończyków, to nie braliśmy w ogóle pod uwagę ani Hawajów, ani tym bardziej kontynentalnych USA. Myśleliśmy raczej o Dalekim Wschodzie, w tym w szczególności o Filipinach, gdzie również stacjonowały nasze wojska. Właśnie dlatego nie byliśmy w ogóle przygotowani mentalnie na ten atak. Widok tych samolotów krążących nad naszym lotniskiem na bardzo niskiej wysokości i bombardujących nas był przeżyciem traumatycznym. Kto by pomyślał jeszcze dzień wcześniej, że właśnie tak może w tym raju wyglądać niedzielny poranek?

Wielu weteranów ataku na Pearl Harbor wspomina, że szybko zapomniano o tym dniu. Trzeba było w końcu wygrać II wojnę światową, potem kraj żył konfliktami w Korei i w Wietnamie, a wy przez długi czas żyliście w cieniu.

Przez wiele lat rzeczywiście byliśmy trochę zapomniani, ale było to raczej na rękę tym, którzy przeżyli ten dzień. Myślę, że większość marynarzy, żołnierzy, lotników i marynarzy uważała, że to, co się stało, już się nie odstanie, i nie powinniśmy o tym rozmawiać.

Dopiero po obejrzeniu „Tora! Tora! Tora!” coś się we mnie zmieniło i postanowiłem zacząć opowiadać o tym, co przeżyłem. Wstąpiłem do organizacji o nazwie Pearl Harbor Survivors Association. Nasze motto to: „Rember Pearl Harbor – Keep America Alert” (Pamiętaj o Pearl Harbor – utrzymuj Amerykę w gotowości). Ten drugi człon był naszą główną funkcją. Spotykaliśmy się więc ze wszystkimi, którzy chcieli wysłuchać naszych wspomnień, by coś takiego już nigdy się nie powtórzyło.

Po atakach 11 września, gdy Ameryka po raz drugi w XX w. została zaatakowana na własnym terytorium, więcej zaczęto o nas pisać i mówić. Ameryka na nowo przypomniała sobie o dniu, w którym rozpoczęła się dla nas II wojna światowa.


Sierżant Steven Krawczyk (ur. 1918) w czasie ataku na Pearl Harbor służył jako mechanik w Korpusie Powietrznym Armii Stanów Zjednoczonych w bazie bombowców Hickam Field (US Army Air Corps 22nd Material Squadron).

Artykuł został opublikowany w 2/2013 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.