Zygmunt Maguza w wieku 18 lat widział sceny, które załamałyby psychicznie niejednego dorosłego. On jednak nie mógł sobie pozwolić na załamanie, bo został kompletnie sam.
„Ten widok, który zastałem w środku domu... Dziadek leżał na podłodze na prawo od drzwi. Właściwie nie było widać głowy, była jakby wbita siekierą w ciało, w płuca – wspominał przed laty w rozmowie ze mną Zygmunt Maguza (rocznik 1925). – Ściany były zabryzgane krwią, na podłodze rozmazana była krwawa maź. Gdy chwyciłem ciało dziadka, fragment jego mózgu wyleciał na moją pierś. Babcia leżała obok dziadka porąbana wzdłuż ciała siekierą. Z lewej strony drzwi leżała ich 11-letnia córka, siostra mojej mamy, Weronika. Ona też była porąbana siekierą”. To scena, która rozegrała się 13 lipca 1943 r. w kolonii Witoldów, niedaleko Porycka, ok. 20 km od kolonii Chrynów – rodzinnej miejscowości Zygmunta Maguzy. Jego bliscy zostali zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów dwa dni wcześniej, w trakcie tzw. krwawej niedzieli.
Spośród wszystkich świadków ludobójstwa na Wołyniu, z którymi przeprowadzałem wywiady na ten temat, najbardziej wstrząsnęły mną właśnie rozmowy z Zygmuntem Maguzą. W czasie rzezi wołyńskiej stracił on 40 członków rodziny – tej bliższej i dalszej. Tylko jednego dnia, 11 lipca 1943 r., w „krwawą niedzielę”, banderowcy zamordowali jego dziadków, ciocie, wujków i kuzynów. A także wielu przyjaciół i kolegów. Mimo piekła, które Zygmunt Maguza zobaczył 13 lipca w Witoldowie, to wcale nie tamto wydarzenie uznawał za najstraszniejsze. Jego zdaniem spośród wszystkich jego bliskich najgorszy los spotkał jego matkę chrzestną, Stefanię Woźniczkę, i jej rodzinę, która mieszkała w kolonii Jeżyn. Ona sama została zamordowana w domu, natomiast troje jej dzieci (w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat) banderowcy utopili w studni. Ich ojciec i dziadkowie również zostali zamordowani.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
