Zabór austriacki nazywano „Golicją i Głodomerią”, co trafnie oddawało specyfikę miejscowych stosunków gospodarczych. W połowie XIX w. ziemie te uchodziły bowiem za najbardziej zacofaną część Polski, kraj nie posiadał nowoczesnej administracji, a w urzędach okręgowych (cyrkułach) posługiwano się jeszcze łaciną. Na szczeblu lokalnym sprawy samorządowe leżały w gestii dworów, dziedzic był miejscowym sędzią, poborcą podatków i władzą wykonawczą. Głównym obowiązkiem chłopów było natomiast odrabianie pańszczyzny i dostarczanie odpowiedniej liczby rekrutów.
Pańszczyzna sięgała epoki średniowiecza i w XIX w. stała się niebezpiecznym przeżytkiem. Wzbudzała powszechny opór, chłopi nie chcieli poświęcać większości czasu na darmową pracę na gruntach dworskich. Wzrastała świadomość włościaństwa, do rodzinnych wsi powracali rekruci, którzy poznali inny świat niż galicyjska bieda. I to właśnie oni mieli stać się rozsadnikiem nowych idei. Podczas służby w armii przyzwyczaili się do względnie wygodnego życia i trzech posiłków dziennie, a to w ubogiej Galicji nie było normą.
Po powrocie zdegradowani do roli najbiedniejszych komorników (mieszkających w komorach obok bydła) i pozbawieni środków do utrzymania musieli jeszcze za darmo pracować na polach dziedzica. Podczas rabacji stali się najbardziej aktywną częścią chłopskich gromad, siejąc grozę wśród miejscowej szlachty.
Dwory z całą bezwzględnością egzekwowały powinności pańszczyźniane, chociaż dziedzic (przynajmniej oficjalnie) nie był panem życia i śmierci poddanych. Obowiązujące prawo zezwalało wprawdzie na uwięzienie krnąbrnego chłopa, ale wychłostanie go wymagało już zgody władz na szczeblu cyrkułu. W rzeczywistości jednak ziemianie nie przejmowali się specjalnie przepisami, a chłosta kończyła się czasami nawet śmiercią delikwenta. Skutki kary zależały bowiem od siły ręki ekonoma (zarządcy) i poziomu jego sadyzmu.
Inną nagminnie stosowaną karą był karcer, z czym osobiście miał okazję zapoznać się jeden z przyszłych wodzów rabacji – Jakub Szela. Uwięzionemu za nieodpracowanie pańszczyzny zapewniono jednak posługę duchową i zaprowadzono go w kajdanach na nabożeństwo do kościoła. Był koniec grudnia, panował ostry mróz, Szela stał pod świątynią i nabawił się poważnych odmrożeń. Nigdy nie zapomniał tego dziedzicowi Smarżowej. Pretensje kierował również do proboszcza, który obojętnie przyglądał się jego cierpieniu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

