Anglik na dachu świata

Anglik na dachu świata

Dodano: 
fot. zdjęcie ilustracyjne
fot. zdjęcie ilustracyjne Źródło: Flickr / Ahmed Sajjad Zaidi/(CC BY-SA 2.0)
Łukasz Czarnecki | Nazwisko Thomasa Manninga (1772–1840) nie mówi współczesnemu człowiekowi nic. Tymczasem był on bez wątpienia jednym z najodważniejszych podróżników XIX w.

Thomas Manning jeszcze w młodości dał się poznać jako postać niestandardowa. Odbywszy studia matematyczne na prestiżowym uniwersytecie w Cambridge, dyplomu uczelni nie zyskał, gdyż... ze znanych tylko jemu samemu powodów odmówił podejścia do egzaminów. Następnie przeskoczył na medycynę i zdobył uprawnienia lekarskie. Jednak nie dla niego była cicha praktyka w ojczystym Norfolk!

Żądny doznań i wiedzy młodzieniec obracał się w towarzystwie wczesnoromantycznych poetów, bywając również częstym gościem posiedzeń londyńskich instytucji naukowych. Przypuszczalnie sporo czytał i chyba temu właśnie zajęciu poniekąd zawdzięczać mógł obsesję, która ogarnęła go w pierwszych latach XIX w. Na angielskim rynku wydawniczym sporą popularnością cieszyły się wówczas książki opisujące przebieg zakończonej totalną klapą misji dyplomatycznej lorda Macartneya, wysłanej w roku 1792 do Chin. Choć poselstwo nie osiągnęło żadnego z zakładanych celów, to członkowie biorącego w nim udział personelu – począwszy od samego lorda, a skończywszy na jego lokaju – po powrocie do Anglii zaczęli opisywać swe perypetie i chińskie realia w książkach, które z księgarnianych półek schodziły jak świeże bułeczki. I raczej na pewno jednym z ich czytelników był właśnie Manning, który zafascynowany opisem egzotycznego Państwa Środka postanowił do niego czym prędzej wyruszyć i poświęcić się badaniu jego kultury.

Misja niemożliwa

Idea odwiedzenia Chin, która zalęgła się w głowie naszego bohatera, była kompletnym szaleństwem. Wyprawić się na Daleki Wschód było bowiem wówczas prawie tak trudno, jak polecieć na Księżyc. Chińskie władze kategorycznie odmawiały wpuszczania Europejczyków. Jedynym otwartym dla nich punktem na chińskiej mapie był kantoński port, do którego zawijały statki zachodnich kupców kupujących herbatę, jedwab i porcelanę. Nawet tu jednak ludzi Zachodu obowiązywały liczne ograniczenia – wstęp do samej metropolii był im zakazany i przebywać musieli na mikroskopijnym obszarze nadbrzeżnych faktorii. Jakby nie dość było tych komplikacji, poddany Korony mógł się do Kantonu dostać tylko na pokładzie jednostki Kompanii Wschodnioindyjskiej, mającej monopol na handel z Chinami. Na statki owe nie mieli zaś wstępu niezwiązani z tą firmą cywile.

Cały artykuł dostępny jest w 21/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

 0