Bo to była zagłada. Genowefę Ziółkowską, wtedy 11-letnią Gienię Paszkowską, której Ukraińcy wymordowali całą rodzinę – oboje rodziców, siostrę, brata i ciotkę – uratował starszy od niej o dwa lata Franek, kuzyn o skomplikowanym życiorysie.
Jego matka była „z pochodzenia Ukrainką, swój pierwszy ślub brała z Polakiem w cerkwi i dla wszystkich było jasne, że jest i pozostaje Ukrainką. Ale gdy po śmierci męża ponownie poślubiła Polaka, to ponieważ małżeństwo zawarte było w kościele katolickim, odtąd uważano ją za Polkę. Ba, ona stała się Polką – nauczyła się modlić po polsku (a przecież nie umiała wcześniej pisać i mówić w tym języku), żeby za swoje dzieci modlić się w ich mowie. Te uchodziły bowiem za Polaków, w tym Franek; inaczej dzieci z pierwszego małżeństwa, które jako chrzczone w cerkwi były Ukraińcami. Tego katolickiego ślubu nie mogła sobie wybaczyć, ale o jej lojalnym stosunku do wiary najlepiej świadczy fakt, że wychowała w niej dzieci z drugiego małżeństwa”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
