D ylu-dylu, pierd…… w Czarnobylu! Raz, dwa, trzy – promieniujesz ty! – tak brzmiała po tej tragedii jedna z wyliczanek podczas zabawy w chowanego. Bo – co oczywiste – Polacy po tym, jak ich władze PRL poinformowały o katastrofie, szeroko komentowali to niezwykłe zdarzenie. Oczywiście rządzący uczynili to z opóźnieniem, ale – co warto podkreślić – szybciej niż w większości innych państw tzw. demokracji ludowej, a zwłaszcza w Czechosłowacji. Inna sprawa, że faktu tego po wykryciu wzrostu promieniowania przez szwedzkie stacje pomiarowe nie sposób było ukrywać. Reakcjom w kraju przyglądały się zarówno Służba Bezpieczeństwa, jak i opozycja oraz zachodni korespondenci. I tak np. SB, informując o sytuacji w kraju 29 kwietnia, czyli dzień po lakonicznej depeszy Polskiej Agencji Prasowej na temat katastrofy, według której sytuacja miała pozostawać pod kontrolą i rzekomo nie stwarzać zagrożenia, komunikowała: „Generalnie należy stwierdzić, iż wiadomość o awarii została przyjęta ze spokojem i zrozumieniem. W wypowiedziach zwracano uwagę, iż nie była ona zdarzeniem zawinionym i mogła mieć miejsce w każdym z innych państw”. Dodawano również, że „powołanie specjalnej komisji przy Prezesie Rady Ministrów zostało odebrane bardzo pozytywnie i wiązane jest z nadzieją uzyskania pełnej informacji o jej skutkach dla kraju”. To było to, co władze chciały usłyszeć, bardzo możliwe zresztą, że oddawało nawet nastroje środowisk jej bliskich.
Z pewnością jednak odczucia większości Polaków były zupełnie inne – mało kto wierzył w kolejne uspokajające komunikaty, a opozycja zorganizowała własne niezależne badania stopnia napromieniowania kraju, informując o ich wynikach w podziemnej prasie. Przyznać to zresztą musiała nawet Służba Bezpieczeństwa, która już w kolejnej swojej informacji, z 30 kwietnia 1986 r., stwierdzała, że: „Komunikat o awarii […] i przejściu nad Polską chmury radioaktywnej wywołał w społeczeństwie duże zaniepokojenie ze względu na możliwość ujemnych skutków dla zdrowia”. Było ono – co całkiem zrozumiałe – największe wśród mieszkańców północno- -wschodniej Polski, nad którą przemieściły się pierwsze radioaktywne chmury, a także rodzin z małymi dziećmi oraz kobiet w ciąży. Ewidentnie przy tym nie dowierzano rządowym komunikatom, uznając, że te „minimalizują zagrożenie”, gdyż są obliczone na „uspokojenie opinii publicznej”. Polacy byli – jak najbardziej słusznie – przekonani, że „awaria miała większy zasięg, niż to wynika z oficjalnego komunikatu”. Krytykowano PRL- -owskie władze za ich działania, m.in. pojawiły się twierdzenia, że podawanie płynu Lugola, blokującego przyswajanie jodu po wybuchu w Czarnobylu, było spóźnione o dwa dni. Twierdzono też, że powinno się tą akcją – w całym kraju – objąć „nie tylko dzieci”. W tym miejscu należy dodać, że wspomniana operacja w przypadku części osób (np. dzieci wojskowych, działaczy partyjnych czy funkcjonariuszy SB i MO) została zorganizowana co najmniej dzień, a nawet dwa dni wcześniej niż w przypadku ogółu. Inna sprawa, że nie przebiegała ona bez zakłóceń – jak informowało MSW, 2 maja 1986 r. specyfik ten miał nie dotrzeć jeszcze do wielu szkół i przedszkoli. Tak na marginesie to właśnie wówczas płyn Lugola został szyderczo określony mianem sowieckiej coca-coli, a radioaktywne chmury znad Związku Sowieckiego „obłoczkami przyjaźni”…
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
