Był poetą z Bożej łaski. To nadużywane często określenie do Gałczyńskiego akurat pasuje jak ulał. Pozostawił po sobie tysiąc wierszy świadczących o jego niepospolitym talencie, wśród nich jednak wcale niemało i takich, na których podły czas ich powstawania odcisnął piętno nie do zatarcia. Bywa, że przechodzimy nad tym do porządku dziennego, nie przywiązując większej wagi do politycznych decyzji autora, któremu chyba zależało jedynie na tym, by jego twórczość była powszechnie znana i doceniana. Ze swej strony gotów był na najróżniejsze serwituty. Ładnie powiedział o nim Kazimierz Wierzyński, że przez całe życie szukał swej poetyckiej Farlandii, a że taka nie istnieje, nie mógł jej znaleźć, ale w poszukiwaniach nie ustawał. Tylko czy to szukanie niweczyć ma zdanie innego skamandryty, Jana Lechonia, który o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim napisał wprost, że była to „mała kanalia o wielkim wariackim talencie”? Ukazanie się biografii twórcy „Serwus madonna” pióra Mariusza Urbanka („Gałczyński. Kanarek w klatce”, Iskry 2026) skłania do tego, by – który to już raz – spróbować na nowo ustosunkować się do tej kwestii.
Patrzący z dalekiej Ameryki na polskie powojenne sprawy Lechoń miał za złe Gałczyńskiemu utwory sławiące komunę. Charakterystyczne, że z identycznych „dokonań” usprawiedliwiał Tuwima, a te były, na domiar złego, pod względem artystycznym zupełnie chybione. Rzecz w tym, że w wojennej zawierusze przyjaciel Lechonia ze Skamandra swój talent poetycki zatracił ze szczętem, podczas gdy Gałczyński po wojennej poniewierce wrócił do kraju pełen sił twórczych. Tu mu jednak pamiętano to, co pisał przed wojną ze szczególnym uwzględnieniem sławnego listu „Do przyjaciół z »Prosto z Mostu«” przez lata całe niepublikowanego w Polsce, a i dziś dostępnego czytelnikom jedynie dzięki Internetowi. Legenda jednak była wyjątkowo trwała wraz z hańbiącym poetę mianem czołowego polskiego antysemity.
Ów list „Do przyjaciół z »Prosto z Mostu« był – zdaniem Wojciecha Kassa, poety i dyrektora Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu – wyrazem goryczy. Przecież Gałczyński najbardziej chciał zostać przyjęty na dwór Mieczysława Grydzewskiego, »Wiadomości Literackich« i Skamandra. Odrzucono go, więc poszedł na dwór Piaseckiego [Stanisława – przyp. K.M.]. List to była zemsta. A ponieważ dwór Grydzewskiego tworzyli Żydzi, więc miał wydźwięk antysemicki”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
