Proces i egzekucja Arthura Greisera. Nowe i nieznane fakty

Proces i egzekucja Arthura Greisera. Nowe i nieznane fakty

Dodano: 

OSTATNIE DNI ARTHURA GREISERA

Arthur Karl Greiser[15] ekstradowany w dniu 30 marca 1946 r. z Frankfurtu n. Menem do Warszawy, przebywał w więzieniu mokotowskim do wczesnych godzin porannych 12 czerwca, kiedy to został przetransportowany[16] do więzienia w Poznaniu, dokąd przybył już około godziny 11.00 [17].

Postanowienie o jego aresztowaniu zarządził w dniu 13 czerwca 1946 r. prokurator Specjalnego Sądu Karnego (SSK) dla okręgu Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, Wacław Jonsik (1903-1979)[18]. Formalny nakaz osadzenia w miejscowym więzieniu Greisera jako tymczasowo aresztowanego nastąpił na mocy postanowienia wspomnianego prokuratora SSK z jeszcze tego samego dnia[19]. Również wtedy tenże prokurator wydał polecenie wiceprokuratorowi SSK Alfonsowi Lehmannowi (1910-1989)[20] niezwłocznego przesłuchania więźnia śledczego Arthura Greisera. W czynnościach tych uczestniczył w charakterze protokolanta, aplikant sądowy Marian Kaczmarek (1915-1993) oraz kierownik sekretariatu Prokuratury SSK, Telesfor Dziurkiewicz (1907-1973)[21]. Zaraz po przybyciu do więzienia (tj. 12 czerwca) wspomniany wyżej wiceprokurator A. Lehmann dostarczył Greiserowi akt oskarżenia sporządzony w języku polskim wraz z jego tłumaczeniem na język niemiecki[22].

Podczas pobytu w więzieniu poddany został dwukrotnie (14 czerwca i 8 lipca) badaniu lekarskiemu, co zostało odnotowane w jego karcie ambulatoryjnej. Podczas pierwszego określono jego budowę ciała jako średnią, przy wzroście 179 cm i wadze 68,2 kg [23]; odnotowano przy tym, że odżywianie osadzonego jest wystarczające. Stwierdzono blizny pooperacyjne prawego ucha i brak lewego oka. Pracę serca oceniono w normie, a z kolei tętno na 60 bmp. Stwierdzono widoczne obrzęki kończyn dolnych. Badany uskarżał się przy tym na bóle w prawym barku i przedramieniu jak również na bezsenność. Zaordynowano mu „Vertigo”, preparat łagodzący zawroty (1 tabletkę dziennie) oraz środek uspakajający „Natrii bromatum”, podawany jako roztwór doustny (2 łyżki stołowe w godzinach wieczornych). Podczas kolejnego, ostatniego już badania (8 lipca) w karcie odnotowano jedynie bóle newralgiczne, określając jednak przy tym stan ogólny zdrowia pacjenta jako zadowalający; nie dokonano żadnych zmian w zakresie przyjmowanych medykamentów[24].

W początkowym okresie pobytu dokonano opisu osobowego więźnia, sygnowanego jego własnoręcznym podpisem i papilarnym odciskiem wskazującego palca lewej ręki.

Przy podanym wzroście 180 cm (jednak bez zaznaczenia wagi) określono sylwetkę Greisera jako wątłą z dużymi rękami i nogami, ale postawą normalną. Jego blada twarz charakteryzowała się wysokim czołem, szeroką brodą, małymi ustami, niebieskimi oczami (z ciemnymi, gęstymi brwiami), równym nosem i dużymi uszami. Odnotowano znaki pooperacyjne w tylnej części czaszki koło prawego ucha oraz fakt używania przez Greisera okularów. Nie wspomniano jednak o utracie lewego oka i noszonej przez niego w jego miejsce protezie. Legitymował się średnim wykształceniem, deklarując przy tym znajomość wyłącznie języka niemieckiego[25].

Pobyt jego w miejscowym więzieniu karno-śledczym można by podzielić na trzy kolejne etapy:

1. przygotowanie do procesu (w dniach od 12-20 czerwca);

2. przebieg samego procesu przed NTN (od 21 czerwca do 9 lipca) oraz 

3. po ogłoszeniu wyroku (tj. od 10-21 lipca).

Heinz Reinefarth (w środku) wraz z Arthurem Greiserem wita milionowego Niemca przesiedlonego do Kraju Warty ze wschodniej Europy w ramach niemieckiej akcji przesiedleńczej Heim ins Reich – marzec 1944

Zatem przebywał tam ogółem 40 dni kalendarzowych, tj. do wspomnianego 21 lipca, kiedy to w godzinach rannych został stracony na południowo-zachodnich zboczach poznańskiej Cytadeli.

Pierwszy etap należał do intensywniejszych podczas pobytu w miejscu tego odosobnienia, bowiem pochłonęło go bez reszty studiowanie obszernego 57 stronicowego aktu oskarżenia, robienia uwag i notatek do przygotowywanej swojej obrony. Zagadnienie to stanowiło m.in. główną treść rozmowy przeprowadzonej już w dniu 14 czerwca z jednym z swoich obrońców z urzędu, adwokatem dr. Janem Kręglewskim (1894-1969)[26]. Także broniący Greisera dr Stanisław Hejmowski (1900-1969) spotkał się również dwukrotnie z nim na terenie więzienia.

Jedynym członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, który podczas trwania procesu (w dnia 7 i 8 lipca) spotkał się w więzieniu z Greiserem, był prof. Stanisław Batawia (1898-1980)[27]. Otrzymał on zgodę pierwszego prokuratora NTN Stefana Kurowskiego (1898-1959)[28] na dokonania badania lekarsko-sądowego osadzonego[29].

Mimo deklarowanej wcześnie nieznajomości języka polskiego, wystąpił jeszcze przed rozpoczęciem procesu tj. w dniu 19 czerwca z prośbą do prokuratora NTN o zezwolenie na czytanie jednego z poznańskich dzienników. Pozytywna decyzja prokuratora M. Siewierskiego w tym zakresie (z tego samego dnia) spowodowała, że Greiserowi dostarczano na czas trwania procesu egzemplarz „Głosu Wielkopolskiego”[30]. Pozwalało mu to (przynajmniej w ograniczonym zakresie, przy dość biernej znajomości języka) na bieżące śledzenie przebiegu procesu i towarzyszącej wokół niego atmosfery. Jako osoba paląca zwrócił się również w dniu 5 lipca do NTN z prośbą o dostarczanie mu papierosów. Zezwolenie takie otrzymał niezwłocznie od pierwszego prokuratora NTN S. Kurowskiego, jednak z zastrzeżeniem, że jest ono ważne tylko na czas trwania procesu [31].

Dużym przeżyciem emocjonalnym dla niego było pisanie listów do drugiej żony Marii, co miało miejsce dwukrotnie, w dniach 15 czerwca (już trzeciego dnia po przybyciu do Poznania) oraz dwa tygodnie później, tj. 30 czerwca. W pierwszym z nich nawiązywał m.in. do pobytu w szpitalu w Karlsruhe, w niemieckim więzieniuwe Frankfurcie n. Menem a także w mokotowskim więzieniu w Warszawie. Z kolei w drugim liście do toczącego się procesu przed NTN podkreślał przy tym na poprawne traktowanie ze strony służby więziennej a także obfitość otrzymywanego wyżywienia.

Należy przy tym dodać, że na wspomniane listy nie otrzymał w ogóle żadnej odpowiedzi[32].

W dniu 21 czerwca (piątek) rozpoczął się jego proces przed NTN[33], który trwał z przerwami 14 dni, do wtorku 9 lipca, kiedy to został ogłoszony wyrok. NTN orzekał w składzie: przewodniczący Wacław Barcikowski (1887-1981), pierwszy prezes Sądu Najwyższego; sędzia NTN Kazimierz Bzowski (1888-1965), prezes Izby Karnej SN; sędzia NTN Alfred Eimer (1888-1961), przewodniczący SSK w Krakowie; sędzia NTN Witold Kutzner (1890-1963), wiceprezes Sądu Apelacyjnego w Poznaniu; oraz czterech ławników (posłów do KRN)[34].

W kolejnych 11 dniach (do 2 lipca) przedstawiono oskarżonemu materiał dowodowy i wysłuchano świadków zarówno oskarżenia jak i obrony; tym samym nastąpiło zamknięcie przewodu sądowego. W 12. dniu procesu (5 lipca) mowy końcowe wygłosili prokuratorzy: Jerzy Sawicki (1914-1978) i Mieczysław Siewierski (1901-1999)[35], a w przedostatnim dniu (6 lipca) w sesji porannej głos zabrali obrońcy z urzędu: dr Stanisław Hejmowski i dr Jan Kręglewski[36] natomiast w popołudniowej sesji swoje ostatnie słowo wygłosił oskarżony Arthur Greiser; było to zarazem trwające blisko cztery godziny ostatnie w jego życiu wystąpienie publiczne[37].

Zapewne sporym zaskoczeniem dla niego samego 2 lipca była możliwość wysłuchania zarejestrowanego na płycie gramofonowej jednego z jego licznych przemówień. Zrobiło to na nim (z także części zebranej w auli publiczności) duże wrażenie; fakt ten pozostał jednak bez komentarza z jego strony.

W dniu 9 lipca został ogłoszony wyrok Najwyższego Trybunału Narodowego w jego procesie. Arthur Greiser został skazany na karę śmierci. Trybunał orzekł jednocześnie utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze[38].

Rozprawy odbywały się dwa razy dziennie: sesja poranna rozpoczynała się o godzinie 9.00 oraz popołudniowa o godz. 15.00; tylko w dniu 23 czerwca (w niedzielę) miała miejsce tylko jedna sesja w godzinach popołudniowych. Tak więc przez 12 dni miał Greiser możliwość codziennego, dwukrotnego opuszczenia celi więziennej, natomiast w pozostałe 2 dni trwania procesu (tj. wspomnianą niedzielę 23 czerwca i 9 lipca) miał tylko po jednym razie taką okazję.

Dowożony był do auli Uniwersytetu Poznańskiego amerykańskim samochodem wojskowym marki Ford GTB (krytym plandeką) pod wzmocnioną eskortą funkcjonariuszy MBP[39]. Ostatni niedługi odcinek drogi, już po chodniku pokonywał pieszo, zachowując przy tym pełną swobodę ruchu, m.in. bez skrępowania rąk, niosąc przy sobie teczkę z dokumentacją.

Aula została specjalnie zaadoptowana na salę sądową[40], z widownią na 740 miejsc, z zainstalowanym nagłośnieniem i wzmocnionym oświetleniem. To ostatnie związane było z tym, że rozprawy odbywały się przy zasłoniętych oknach, zatem przy sztucznym świetle z wykorzystaniem również reflektorów. Sytuacja ta powodowała, że Greiser niekiedy korzystał z przyciemnionych okularów. Przebieg procesu rejestrowany był przez ekipę filmową[41], z wyłączeniem jednak wystąpień obydwu adwokatów.

Pewne novum stanowiło przy tym także bezpośrednie tłumaczenie symultaniczne (na języki: angielski, francuski, niemiecki i rosyjski) wszystkich uczestników procesu [42].

Należy odnotować, że od ogłoszenia wyroku w dniu 9 lipca do jego wykonania w dniu 21 lipca minęło zaledwie 12 dni, natomiast od samego początku procesu (tj. 21 czerwca) do ostatnich chwil życia Greisera upłynął równy miesiąc.

Ostatni etap pobytu w więzieniu to oczekiwanie na odpowiedź prezydenta KRN na jego prośbę o ułaskawienie. Mimo, że opinia publiczna została już w dniu 12 lipca powiadomiona przez lokalna prasę o fakcie[43] nie skorzystania przez Bieruta z prawa łaski, skazany żył cały czas w niewiedzy, łudząc się ciągle nadzieją, że jednak nie zostanie stracony. Był to zapewne najbardziej stresujący okres końcówki jego życia, pozbawiony został możliwości opuszczania zajmowanej jednoosobowej celi i jakichkolwiek form kontaktów z zewnątrz.

Liczył przy tym do końca na pozytywny dla siebie wynik „interwencji” u polskich władz papieża Piusa XII, do którego zwrócił się o wstawiennictwo w sprawie ułaskawienia i darowania mu życia[44]. Prośba ta została przekazana w trybie pilnym do Stolicy Apostolskiej przez polskiego ambasadora w Rzymie Stanisława Kota (1885-1975). Starania Watykanu nie przyniosły w Warszawie żadnego pozytywnego skutku i już 12 lipca (3 dni po wyroku) ogłoszone zostało oficjalnie negatywne stanowisko Bieruta w sprawie ułaskawienia Greisera[45]. Z kolei rozgłośnia Radia Watykańskiego powiadomiła opinię publiczną o tym fakcie ponad tydzień później, a nieco wcześniej włoskie i zagraniczne agencje prasowe z L’Osservatore Romano na czele [46].

Jednak w połowie tego okresu, tj. w dniu 15 lipca (poniedziałek) miało miejsce niespodziewane dla niego wydarzenie. Doszło bowiem wówczas do dość przypadkowego spotkania z kapelanem więziennym ks. Hieronimem Lewandowskim (1909-1998)[47].

W tym dniu ks. H. Lewandowski odwiedzał więźniów umieszczonych w bloku nr VII, tj. więźniów oczekujących głównie na wykonanie wyroku śmierci. Wizyta ta miała miejsce w godzinach dopołudniowych. Po odwiedzeniu więźniów w kolejnych siedmiu celach, ksiądz zwrócił się do oprowadzającego go funkcjonariusza (przodownika), aby cofnął się do celi zajmowanej przez Greisera (a którą kapelan wcześniej ominął) i zapytał tam osadzonego, czy nie życzy sobie wizyty katolickiego księdza.

Greiser wyraził takie życzenie i kapelan znalazł się sam w jego celi. Ksiądz wiedział już wcześniej od strażników, że Greiser był bardzo zdyscyplinowany, nie sprawiał żadnych kłopotów, zachowywał się wręcz wzorowo. Bardzo przy tym dbał o czystość, dowodem czego była czysta chusteczka, leżąca na stole w formie serwetki, na której leżała Biblia; skazany długo z nią przebywał, spędzając czas na lekturze i modlitwie.

Powitanie odbyło się w języku niemieckim, pomimo że ks. Lewandowski próbował kilka razy z nim rozmowy w języku polskim. Według opinii księdza, Greiser bardzo słabo miał opanowany ten język; jego znajomość ograniczała się do niewielkiego zasobu wybranych rzeczowników i czasowników.

Podczas prowadzonej rozmowy Greiser opowiadał o swoim nieżyjącym już jedynym synu, żonie Marii, latach dzieciństwa i młodości oraz o wypadku na polowaniu (24.11.1943 r. – HZ), w wyniku czego stracił lewe oko. Kilkakrotnie podkreślał, że jeżeli dane mu będzie zachować życie, poświęci je na działalność zmierzającą do zachowania i utrwalania pokoju na świecie.

Z kolei ksiądz opowiedział mu swoje okupacyjne losy, m.in. kiedy to w październiku 1941 r. przyszło po niego Gestapo, ale udało mu się zbiec i przetrwać resztę okupacji na terenie Poznania.

Po trwającej około 45 minut rozmowie, Greiser poprosił kapelana o modlitwę w jego intencji. Zaznaczył jeszcze przy tym, że gdyby potrzebował jeszcze czegoś, zawezwie go wówczas do siebie.

Ks. Lewandowski obawiał się, że taka okoliczność nadarzyć się mogła w związku z wykonywaniem wyroku. Nie miał zamiaru uczestniczenia w tym wydarzeniu, dlatego zwrócił się do znajomego ks. Lucjana Haendschke (1905-1973) o ewentualne zastępstwo w tym zakresie, na co uzyskał jego ustną zgodę. Podczas pożegnania, Greiser przez dłuższą chwilę trzymał w milczeniu dłonie ks. H. Lewandowskiego[48].

Należy przy tym podkreślić, że nie doszło przy tym do przedwczesnego ujawnienia najważniejszej dla Greisera informacji, tj. negatywnej decyzji Bieruta wsprawie jego ułaskawienia. Tak więc kolejnych kilka dni (tj. do soboty, 20 lipca) upłynęło w odosobnieniu bez kontaktu z kimkolwiek (poza służbą więzienną) z zewnątrz w stanie silnego stresu i załamaniu, wobec braku jakichkolwiek informacji na swój temat; warto jeszcze dodać, że często widziano go pogrążonego w modlitwie. Nie miał już teraz dostępu do dostarczanego mu podczas trwania procesu „Głosu Wielkopolskiego”, publikującego sporo informacji związanych z jego osobą i bieżącymi wydarzeniami[49]. Na łamach tego dziennika zamieszczano głównie artykuły i różnego rodzaju teksty poświęconem. in. wyborze miejsca i sposobie wykonania kary śmierci, a także związanej z tymreakcji polskiego społeczeństwa[50].

Wilhelm Koppe i Arthur Greiser przed kompanią honorową Wehrmachtu, Poznań, listopad 1939 r.

Formalne rozstrzygnięcia w tym zakresie przyniósł 18 lipca, kiedy nadeszła z Ministerstwa Sprawiedliwości informacja, wyznaczająca pełniącego obowiązki wiceprokuratora SSK w Poznaniu Czesława Matysiaka (1907-1990) na organizatora egzekucji i zlecająca mu bezpośredni nadzór nad jej wykonaniem na osobie Arthura Greisera[51]. W tym samym dniu pierwszy prokurator NTN Stefan Kurowski przesłał do Prokuratury SSK w Poznaniu polecenie wykonania wyroku NTN z 9 lipca 1946 r. mocą którego Arthur Greiser skazany został na karę śmierci. Informował przy tym o nieskorzystaniu przez prezydenta Bieruta z przysługującej mu prawa łaski, jak również o zarządzeniu ministra sprawiedliwości odnośnie publicznego wykonania wymienionego wyroku[52].

Jednak znacznie wcześniej, bo już w dniu 12 lipca kierownik Departamentu Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości, sędzia Sądu Apelacyjnego Zygmunt Kapitaniak (1907-1999) skierował pismo (z polecenia ministra sprawiedliwości) do NTN z informacją o tej samej treści. Zatem decyzję Bieruta należy datować najpóźniej na wspomniany dzień. W sytuacji tej oczekiwano wykonania wyroku w trybie natychmiastowym.

Poczynania p. o. wiceprokuratora SSK Czesława Matysiaka w tym zakresie objęte były klauzulą szczególnej poufności, tak że do lokalnej prasy nie dostały się jakiekolwiek informacje na ten temat. Planowanym przez niego terminem egzekucji była najbliższa niedziela (21 lipca), a poprzedzająca sobota datą jej publicznego ogłoszenia. Zatem całe przygotowanie do niej sprowadzało się w praktyce zaledwie do trzech dni (od 18-20 lipca), a wszystko to odbywało się w szczególnej atmosferze sensacyjności, podsycanej przez stosowne publikacje w lokalnej prasie[53].

Najbardziej traumatycznym dla skazanego okresem były ostatnie kilkanaście godzin życia, tj. od spotkania z wiceprokuratorem Matysiakiem (20 lipca, ok. godz 18.00) -do godziny 7.00 dnia następnego, tj. do wykonania wyroku. W międzyczasie doszło do krótkich wizyt z udziałem adwokata St. Hejmowskim [54], Artura Jaegera i duchownego ewangelickiego Karola Świtalskiego. Pozostałe mu jeszcze chwile życia (od ok. godziny 21 do 5 rana) poświęcił głównie na modlitwie i napisaniu trzeciego, zarazem ostatniego listu do żony Marii.

Do końca nie mógł pogodzić się z faktem, że zostanie stracony na szubienicy, a nie jak żołnierz przez rozstrzelanie. Świadomość tego nie pozostawała bez wpływu na jego już tak kiepski stan psychiczny w ostatnich chwilach życia.

W niedzielny wczesny poranek, przed godziną 6.00 Greiser został wyprowadzony z zajmowanej przez ostatni 40 dni celi. Wcześniej, przed założeniem mu kajdanek przez funkcjonariusza straży więziennej Maksymiliana Ratajczaka, Greiser ukląkł na chwilę. Chwilę później, podczas jazdy samochodem, wspomniany funkcjonariusz próbował dodać mu otuchy. W odpowiedzi usłyszał tylko z jego strony: „Teraz mi już wszystko jedno”[55].

Na Cytadelę dotarli jedną z wyznaczonych dróg dojazdowych, od której nie prowadziło do miejsca egzekucji żadne wytyczone wcześniej dojście. Dlatego Greisera z zawiązanymi już wcześniej oczami i skutymi z tyłu rękami doprowadziło tam dwóch funkcjonariuszy straży więziennej w asyście kilku innych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa.

Ubrany był tak samo jak podczas trwania procesu, tj. w zbyt luźną popielatą typu sportowego (w tzw. jodełkę) marynarkę, jasną koszulę i ciemne spodnie.

Tam oczekiwali już na niego m. in. wiceprokurator Czesław Matysiak, naczelnik więzienia Czesław Zając, pastor Karol Świtalski. Naczelnik więzienia zameldował wiceprokuratorowi przybycie skazanego, potwierdzając przy tym jego tożsamość. Ten ostatni wydał polecenie wykonania wyroku.

Na platformie szubienicy przygotowany do wykonania tego aktu był już kat wraz z pomocnikiem. Podtrzymujący cały czas Greisera za ręce strażnicy ustawili go, na znajdującym się w centralnym miejscu niewielkim postumencie, stanowiącym górny element zapadni, uruchamianej dźwignią. Jak podkreślały media, Greiser zachowywał się wyjątkowo spokojnie, nie odzywając się przy tym w ogóle.

Kat po założeniu skazanemu pętlicy, wszedł na taboret i zawiązał dalszą część sznura do przytwierdzonego do poprzecznej belki metalowego haka. Od głowy stojącego już na szafocie Greisera do tego miejsca dzieliła niewielka (ok. 50-60 cm) odległość, co nie pozostawało bez wpływu na dalszy przebieg egzekucji[56]. W tej sytuacji zastosowana przez kata metoda tzw. krótkiego sznura spowodowała, że opadł on na zbyt małą odległość w dół i zawisł w powietrzu. W konsekwencji śmierć nastąpiła przez uduszenie[57]; ciało skazańca obróciło się jeszcze przy tym o 180 stopni. Obrazują to szczegółowo, dokumentujące bezpośrednio całą egzekucję zdjęcia Zbigniewa Zielonackiego, na których m. in. widoczna jest sylwetka wiszącego Greisera z nogami (tylko do wysokości połowy łydek) w otworze zapadni[58]. Zgon nastąpił prawdopodobnie po upływie kilkunastu minut, ale dopiero po 20 minutach lekarz Andrzej Młodkowski (z WUBP) dokonał oficjalnego jego stwierdzenia. Do tego, budzącego już wówczas wśród niektórych kontrowersje faktu, odwołał się także wspomniany już reżyser Robert Stando, nadając swojemu dokumentowi o Greiserze (z 1997 r.) prowokująco brzmiący tytuł „Niefachowy stryczek”. W obrazie tym zabrakło jednak jakichkolwiek odniesień do tego stwierdzenia ze strony biorących w nim udział uczestników tamtych wydarzeń.

Należy zaznaczyć, że zwarty kordon funkcjonariuszy MO i żołnierzy WP skutecznie zabezpieczał zgromadzony na miejscu kaźni około kilkunastotysięczny tłum, składający się przede wszystkim z Poznaniaków i mieszkańców Wielkopolski. Poza tą strefą, w znacznie bliższej odległości od samej szubienicy zgromadziła się grupa przedstawicieli lokalnych władz, organizacji i środowisk kombatanckich, na podstawie przydzielonych w tym celu specjalnych kart wstępu.

Zarówno władze jak i lokalne media podkreślały z satysfakcją panujący na ogół podczas przebiegu egzekucji spokój i powagę zgromadzonej publiczności[59].

Organizatorom zależało szczególnie nie tylko na bezpieczeństwie samego skazanego, ale także osób biorących bezpośrednio udział w przeprowadzeniu egzekucji i zgromadzonej licznie ludności. Miano przy tym na uwadze zwłaszcza wydarzenia jakie rozegrały się nieco ponad 2 tygodnie wcześniej, tj. 4 lipca w Gdańsku (na tzw. Stolzenbergu) podczas przedostatniej publicznej egzekucji 11 członków załogi KL Stutthof. Wówczas to, krótko po wykonaniu wyroku śmierci doszło, za przyzwoleniem służb porządkowych (głównie funkcjonariuszy MO i żołnierzy WP), do skandalicznego zachowania tłumu oraz zbezczeszczenia zwłok straconych (odrywanie części odzieży, zdzieranie obuwia, odcinanie guzików, a nawet prób zrywania z szyi ofiar wisielczego sznura)[60].

WSPOMNIENIA PROKURATORA

...