Proces i egzekucja Arthura Greisera. Nowe i nieznane fakty

Proces i egzekucja Arthura Greisera. Nowe i nieznane fakty

Dodano: 

WSPOMNIENIA PROKURATORA

Zatem żeby przybliżyć nadal może mniej znane szczegóły z tamtych wydarzeń, należy przytoczyć treść zeznania na ten temat wspomnianego wiceprokuratora SSK Czesława Matysiaka[61], złożonego w charakterze świadka przed em. wiceprokuratorem wojewódzkim Romanem Śmieleckim (1909-1998) w siedzibie OKBZH – IPN w Poznaniu w dniu 26 sierpnia 1985 r. [62].

Do sprawy wykonania wyroku śmierci na Arthurze Greiserze zeznał on wtedy:

W drugiej połowie 1945 roku procowałem w charakterze wiceprokuratora w Prokuraturze Specjalnego Sądu Karnego (SSK) w Poznaniu. W dniu 18 lipca (czwartek) 1946 roku otrzymałem z Ministerstwa Sprawiedliwości telefon, zawiadamiający mnie, iż Ministerstwo przez specjalnego kuriera przysyła mi akta, dotyczące wykonania wyroku Najwyższego Trybunału Narodowego (NTN) na osobie Arthura Greisera. Powiedziano mi jednocześnie, iż datę wykonania wyroku będę mógł ustalić sam, z tym jednak, że nie należy go wykonywać w dniu 22 lipca. Wspomniane akta zostały mi niezwłocznie doręczone.

Najpilniejszą kwestią stał się wybór odpowiedniego miejsca oraz ustalenie daty wykonania wyroku. W grę wchodził teren stadionu sportowego „Warta”, Fort VII oraz zbocza Cytadeli.

Wybór mój padł na to ostatnie miejsce, należało się bowiem spodziewać, ze na wykonanie wyroku przybędą tłumy ludzi, a to właśnie miejsce pozwalało na dogodne obserwowanie przebiegu egzekucji. Ponieważ odbywało się to bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych, nakazałem dokładnie sprawdzić, czy najbliższy teren jest dostatecznie bezpieczny i nie kryje jeszcze ładunków wybuchowych. Równocześnie zaprojektowałem model szubienicy z ruchomą zapadnią.

Jednocześnie wybrałem dla zwłok Greisera taki typ trumny, jaki używali hitlerowcy przy chowaniu pomordowanych Polaków.

Przed południem w sobotę (tj. 20 lipca) zorganizowałem konferencję dla przedstawicieli władz i urzędów, aby ich zapoznać z dokładnym terminem wykonania wyroku śmierci na Arthurze Greiserze. Apelowałem przy tym o to, aby na wykonanie wyroku nie przybyła młodzież, tym bardziej, by rodzice nie zabierali z sobą dzieci.

Do chwili wspomnianej konferencji wiadomość o zapowiedzianej publicznej egzekucji traktowana była jako tajna. Jeszcze tego samego dnia odbyła się w Prokuraturze Specjalnego Sądu Karnego w Poznaniu druga konferencja prasowa, na której przekazano wspomnianą już wyżej informację. Tutaj także zostały wydrukowane (na powielaczu) specjalne bilety wstępu, uprawniające do zajmowania miejsc w pierwszych szeregach, tj. w najbliższym sąsiedztwie postawionej szubienicy.

Arthur Greiser podczas procesu przed Najwyższym Trybunałem Narodowym, Poznań, 7 lipca 1946

Także w sobotę w południe ukazały się (wydane przez miejscowe redakcje) dodatki nadzwyczajne do prasy, zawierające informacje o mającym nastąpić nazajutrz (tj. w niedzielę) wykonaniu wyroku.

W jednym z poznańskich kin przerwano nawet seans filmowy w celu podania tej samej informacji zgromadzonej widowni.

Wtedy też wydałem polecenie wykonania obwieszczenia informującego o wykonaniu wyroku śmierci na osobie byłego Gauleitera Kraju Warty. Obwieszczenie to miało zostać rozwieszone w dniu 21 lipca we wszystkich miastach powiatowych byłego Kraju Warty. Nawiasem dodaję że zostały one wydrukowane na tych samych maszynach, których używali hitlerowcy do drukowania obwieszczeń informujących o wykonaniu wyroków śmierci na ludności polskiej.

Jeszcze w sobotę (20 lipca) po południu udałem się w asyście naczelnika więzienia czego przy ul. Młyńskiej oraz protokolanta i tłumacza do celi zajmowanej przez Arthura Greisera. Była ona duża, czysta i jasna.

Skazany był jedynie w koszuli i krótkich spodniach. Na nasz widok wstał i założył marynarkę. Był bardzo zdziwiony naszym widokiem. Niewątpliwie przypuszczał, że mamy mu do zakomunikowania coś bardzo ważnego. Muszę w tym miejscu dodać, iż pojawiły się w polskim społeczeństwie pogłoski na temat ewentualnego ułaskawienia jego osoby.

Zapytałem więc w języku polskim – czy znajdujący się w tej celi mężczyzna jest Arthurem Greiserem – na co usłyszałem z jego ust po polsku: „tak”.

Wprawdzie znam język niemiecki, ale uważałem, że polski prokurator w takiej sytuacji powinien się posługiwać wyłącznie językiem ojczystym.

Także sam Greiser znał język polski, urodził się bowiem w polskim mieście – Środzie Wielkopolskiej, a do gimnazjum uczęszczał w Inowrocławiu.

Wiadomość o mającym nazajutrz nastąpić wykonaniu wyroku zrobiła na nim wielkie wrażenie. W tym momencie wyraźnie się zachwiał i zapytał mnie, w jaki sposób zostanie pozbawiony życia.

Kiedy mu wyjaśniłem, że przez powieszenie, wyraził natychmiast życzenie, aby go rozstrzelać, motywując to stwierdzeniem, że pozostaje nadal żołnierzem: „Ich bin Soldat”.

Następnie zapytałem go, czy ma jakieś życzenia. Widać przy tym było, że jest nadal bardzo oszołomiony, bowiem nie potrafił na to nic odpowiedzieć. Sam zatem podsunąłem mu myśl, że może chce napisać list do żony Marii Koerfer-Greiser, która zamieszkiwała w Tegernsee (w Bawarii). Zgodził się na to bardzo chętnie. Zapytałem go także, czy życzy sobie wizyty duchownego, a jeżeli tak, to jakiego wyznania. Dodaję w tym miejscu, że w więzieniu był już duchowny katolicki, ks. Hieronim Lewandowski i pastor Hermann Świtalski. Na to Greiser odpowiedział w języki niemieckim: „Ich bin evangelisch”, a na co ja z kolei odpowiedziałem, że przyjdzie do niego duchowny tego kościoła.

Przychyliłem się jeszcze do jego prośby odnośnie widzenia z jednym ze swoich adwokatów, dr. Stanisławem Hejmowskim oraz z osadzonym w tym samym więzieniu przestępcą wojennym, Augustem Jaegerem, jego zastępcą w zakresie spraw państwa[63]. Zgodziłem się także na to, pod warunkiem, że rozmowa z A. Jaegerem odbędzie się w obecności świadka i że nie będą poruszane w niej sprawy polityczne.

Przyznam się, że obawiałem się w tym miejscu, aby jego ostatnie życzenia nie okazały się dla mnie w praktyce bardzo kłopotliwe. Wyrażenie bowiem zgody na spełnienie jego życzeń lub odmowa ich wykonania, mogły być przez polskie społeczeństwo różnie interpretowane.

Liczyłem się także z tym, że z uwagi na olbrzymie zainteresowanie się społeczeństwa mającą nastąpić egzekucją, dziennikarze a zwłaszcza zagraniczni, mogą udać się na grób jedynego syna Greisera, znajdującego się na cmentarzu ewangelickim przy zbiegu ulic Taborowej i Grunwaldzkiej. Ponieważ grób ten mógł być w złym stanie, dlatego osobiście udałem się tam i poleciłem usunąć powstałe przez ostatnie lata ślady zaniedbania. Nie chciałem tym samym dopuścić do tego, by dziennikarze zagraniczni mieli podstawy do wypowiedzi, że Polacy w odwet za zbrodnie Arthura Greisera zbezcześcili grób jego syna.

W chwili gdy opuszczaliśmy celę, Greiser zachwiał się ponownie i padł na kolana przy swojej pryczy.

Aby przygotować sprawny przebieg wykonania wyroku podjąłem następujące czynności.

Przede wszystkim skontaktowałem się z stałym katem, „Walentym Górą”. Niezależnie od tego, zdecydowałem się zapewnić sobie obecność kata pomocniczego, który zresztą sam się zgłosił do Prokuratury (SSK), przywożąc z sobą odpowiedni ubiór[64]. Działanie takie podyktowane zostało faktem, że wspomniany kat „Walenty Góra” wykonywał jeszcze w sobotę (tj. 20 lipca) w godzinach popołudniowych (chyba w Chodzieży) wyrok [65], mógłby więc nie przybyć do Poznania na noc.

Aby mieć taką pewność, że osoby te nie zawiodą i nie zdarzy się coś nieprzewidzianego, zapewniłem im nocleg w odpowiednio strzeżonym miejscu.

Arthura Greisera - egzekucja

Po wykonaniu zaprojektowanego modelu szubienicy w warsztatach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu i ustawieniu jej na zboczach Cytadeli, nakazałem strzeżenia jej przed ewentualnym zniszczeniem.

W niedzielę (21 lipca) o godzinie 4 rano pojechałem osobiście na miejsce egzekucji, aby sprawdzić stan przygotowań. Stwierdziłem na miejscu, że wszystko było w porządku.

Należy jeszcze dodać, że cały teren został zradiofonizowany, co stanowiło pewną nowość. W roli „spikera” wystąpił wiceprokurator Sądu Okręgowego Adolf Joleński (1907-1972). Poleciłem także, aby dwie drogi prowadzące na miejsce egzekucji pozostawały przejezdne. Chodziło bowiem mi o to, aby przy okazji przewozu tj. osoby Arthura Greisera, nie doszło do jakiś nieprzewidzianych wrogich demonstracji.

Podczas pobytu mojego w więzieniu (tj. około godziny 5 rano), otrzymałem z Cytadeli wiadomość, że jedna z wspomnianych dróg jest nieprzejezdna. Szacuje się, że na egzekucję przybyło kilkadziesiąt (czy nawet sto tysięcy) mieszkańców Poznania i okolic. Przybyła też znaczna grupa mieszkańców Łodzi, bowiem miasto to należało w okresie okupacji do tzw. Kraju Warty.

Krótko przed godziną 7 rano przywieziony został Greiser na miejsce egzekucji. Miał zasłonięte oczy. Podprowadzono go pod szubienicę. Dla formalności zapytałem naczelnika więzienia, doprowadzony jest istotnie Arthurem Greiserem. Po otrzymaniu z jego strony potwierdzającej odpowiedzi, zwróciłem się do kata słowami: „Obywatelu wykonawco, w wasze ręce oddaję Arthura Greisera. Wtedy kat i jego pomocnik przystąpili do wykonania swoich czynności.

Punktualnie o godzinie 7.00 zawisł Greiser na szubienicy. Nawiasem przy tym dodam, że jedna z zagranicznych rozgłośni (BBC) podała tego samego dnia wiadomość o przeprowadzonej egzekucji, podkreślając przy tym punktualność, z jaką dokonano tej czynności.

Po 20 minutach zdjęto ciało Greisera z szubienicy, po czym obecny przy tym lekarz oficjalnie stwierdził zgon. Wówczas powiedziałem: „Stwierdzam, że wyrok został wykonany. Obywatelu naczelniku więzienia, w wasze ręce oddaję ciało Arthura Greisera”. Ciało straconego zostało złożone do uprzednio przygotowanej trumny – takiej jaką Niemcy przeznaczali dla pomordowanych Polaków. następnie zwłoki przewiezione zostały do Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Poznańskiego, gdzie poddano je kremacji.

Chciałbym w tym miejscu jeszcze dodać, że wykonującemu wyrok katowi poleciłem, aby po złożeniu Greisera do trumny, zdjął z rąk i odrzucił z pogardą białe rękawiczki, w których dokonywał czynności egzekucyjnych. Później została mi przekazana urna z prochami byłego Gauleitera, po czym wspólnie z funkcjonariuszami WUBP przewieźliśmy ją i zakopali niedaleko Poznania. Dokładne miejsce pogrzebania prochów Arthura Greisera jest otoczone tajemnicą.

Już po wykonaniu wyroku otrzymałem list straconego, napisany do żony tuż przed egzekucją. W liście wspomina m in. swój udział w polowaniach w okresie wcześniejszym. Pisał także, że gdyby żył, to chciałby pracować nad zbliżeniem narodu polskiego z narodem niemieckim.

Po poddaniu listu cenzurze, usunąłem pewne zwroty, które uznałem za niewłaściwe, następnie wysłałem list do żony Marii, zamieszkującej w Tegernsee (w Bawarii).

Pragnę jeszcze dodać, że od chwili zawiadomienia mnie o konieczności wykonania wyroku, do momentu egzekucji upłynęło 68 godzin.

CZYNNOŚCI PO WYROKU

.....