Pisarz z ulicy Krochmalnej
  • Krzysztof MasłońAutor:Krzysztof Masłoń

Pisarz z ulicy Krochmalnej

Dodano: 
Bogdan Wojdowski, pisarz
Bogdan Wojdowski, pisarz Źródło: Wikimedia Commons
I tak pisał – drążąc żydowski temat – ten człowiek, który zawsze podkreślał, że chce być polskim pisarzem i że tylko na tym mu zależy…

Ponad pół wieku temu nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazał się „Chleb rzucony umarłym”, zdaniem Henryka Grynberga najlepsza powieść o warszawskim getcie. Powiedziałbym więcej, niewiele jest książek o Holokauście – a powstały ich miliony – dorównujących dziełu Bogdana Wojdowskiego, zarówno jeśli chodzi o siłę przekazu, jego rozmach, jak i fascynującą materię językową, jakiej użył tu autor, dla którego „Chleb rzucony umarłym” był – jak mówił – „i ziemią, i niebem, i grobem”.

A zmarł Bogdan Wojdowski w 1994 r. – śmiercią samobójczą. Jego żona, Maria Iwaszkiewicz, w wywiadzie, który przeprowadziłem z nią w 2007 r., powiedziała: – Myślę, że Bogdana prześladowało okupacyjne ukrywanie się po wyjściu z getta, ucieczka, strach przed denuncjacją. Ale miał urojenia. W końcu lat 70. przyszedł np. do domu i mówił, że spotkał na ulicy swego szmalcownika. Nie przyjmował tłumaczenia, że ten człowiek już na pewno nie żyje, że to musiał być ktoś inny. Proszę pana, przebywanie z człowiekiem nerwowo chorym jest bardzo trudne. On wytwarza wokół siebie coś w rodzaju pola elektromagnetycznego i czasem wydaje się to nie do wytrzymania.

Przebył Wojdowski kilka kuracji w Instytucie Psychiatrii i Neurologii na warszawskiej Sadybie. Jego depresje jednak nie mijały, przeciwnie, z wiekiem się nasiliły. Jego kolejne książki potwierdzały tylko przypuszczenie, które pojawiło się już po jego debiutanckiej prozie – „Wakacjach Hioba” (1962), że będzie niewolnikiem jednego tematu, że mimo ponawianych prób – i to niekiedy udanych, jak tom opowiadań „Maniuś Bany” (1980) – nigdy nie wyjdzie z kręgu ulic warszawskiego getta, że bez końca będzie krążył po Krochmalnej i Walicowie, bo tam zadecydował się jego los.

Pogoń za pudełkiem zapałek

Niezależnie od swoich projektów wydawniczych, a może przeciwnie – w ścisłym związku z nimi przez lata prowadził dziennik, znany jedynie we fragmentach, a przechowywany w Bibliotece Narodowej. 13 kwietnia 1983 r. zapisał w nim:

„Ten dziennik pozwala mi na zachowanie ciągłości treści mojego życia, mimo zachowanych w nim luk i skandalicznych braków. Ciągłość biografii, oto zadanie, które sobie stawiałem. Czy zachowałem ją? Czy dochowałem wierności dziennikowi? […] A przecież mam sobie tyle do wyrzucenia! Opieszałość, przy moim spadku nastrojów, jest czymś wytłumaczalnym, ale nie usprawiedliwia mnie nic, ani przeszłość, ani choroby, ani zewnętrzny napór rzeczywistości nie do zniesienia, morderczy napór faktów. Moim głównym grzechem, który bierze górę w różnych momentach życia, jest dążenie do przeczekania. Czego? Chaosu. A pora już nabrać tej umiejętności: bycia czynnego, nie tylko trwania, tworzenia, działania w chaosie. Marzec ̕68 przekonał mnie, że mogę stawić czoła naporowi burzy. Ale »Chleb« był odpowiedzią na fakty za pomocą metafory. Innej drogi nie miałem. Być może innej drogi przed literaturą w ogóle nie ma. Ale jedno wiem na pewno: »Chleb« nie był ucieczką, był zanurzeniem się we wrzątek.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.

 0