PIOTR WŁOCZYK: Napisał pan książkę o Polakach i NKWD. A konkretnie – o Polakach służących pod dowództwem NKWD. Takie hasło brzmi jak opowieść o zdradzie, ale przecież w tej historii rozgrywającej się na Kresach II RP w cieniu ludobójstwa UPA prawie nic nie jest proste...
prof. DAMIAN K. MARKOWSKI: Ich historia pokazuje, jak bardzo losy poszczególnych ludzi czy całych społeczności wymykają się schematom, gdzie wszystko jest czarno-białe i oczywiste. Polscy „strybkowie”, których większość stanowili kilkunastoletni chłopcy, często nie zdążyli wejść w skład AK, a burza dziejowa nad Europą Środkowo-Wschodnią wyznaczyła im do napisania rozdział, którego zapewne sami chcieliby uniknąć…
W jaki sposób ta polska młodzież trafiała do Batalionów Niszczycielskich (ros. Istriebitielne Bataliony – IB)?
Wielu ludzi decydowało się na przyjęcie broni od Sowietów, ponieważ tylko w tym desperackim kroku widzieli szansę na fizyczne przetrwanie w sytuacji, gdy trwały ataki ukraińskiej partyzantki na polską ludność. Niejeden z nich zapewne kierował się również po prostu zemstą. Ci, którzy stracili swoich najbliższych w masakrach urządzanych Polakom przez banderowców, chcieli się mścić. Nie brakowało wśród nich także takich, którzy chcieli uniknąć powołania do Armii Czerwonej i do armii polskiej gen. Zygmunta Berlina – i to z przeróżnych przyczyn.
Sowieci tworzyli po wsiach Grupy Wsparcia IB, rodzaj wiejskiej samoobrony, oraz oddziały większe, zwykle stacjonujące w miejscowościach rejonowych, których zadaniem było wspieranie totalitarnej władzy w różnych zadaniach: w ściąganiu obowiązkowych dostaw żywności, w mobilizowaniu mężczyzn, wreszcie – w zwalczaniu OUN i UPA, a także polskiego podziemia poakowskiego.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
