Chude lata tłustego marszałka
  • Jakub OstromęckiAutor:Jakub Ostromęcki

Chude lata tłustego marszałka

Dodano: 
Kadr z filmu "Norymberga". Russell Crowe jako Hermann Göring
Kadr z filmu "Norymberga". Russell Crowe jako Hermann Göring Źródło: Scott Garfield; materiały producenta
W filmie Jamesa Vanderbilta wiernemu portretowi Hermanna Göringa towarzyszy wiele kompletnie niepotrzebnych zmyśleń. Część z nich ewidentnie miała zadowolić widzów o lewicowej wrażliwości

To nie jest klasyczny amerykański dramat z sali sądowej, choć ekranizowanie rozprawy z krwawymi gauleiterami aż prosi się o właśnie taką stylistykę. Osią fabuły jest szczególna relacja, która wytworzyła się między najważniejszym z podsądnych norymberskiego trybunału, marszałkiem Rzeszy Hermannem Göringiem, a badającym go psychiatrą wojskowym Douglasem Kelleyem.

James Vanderbilt miewa swoich widzów za nieuków i historię opowiada dosadnie, wielkimi literami. Widać to już na początku filmu. Jest maj 1945 r. Obok polnej drogi stoi amerykański patrol. Jeden z żołnierzy ostentacyjnie oddaje mocz na kawałek poszycia zestrzelonego samolotu, na którym widnieje godło nazistowskich Niemiec. Wszystko to na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, kto i kiedy przegrał drugą wojnę światową.

Dydaktyzm stosuje się też wtedy, gdy film przedstawia materię, z którą przeciętny widz niekoniecznie ma na co dzień do czynienia. W takim przypadku bohaterowie, którzy znają od podszewki tajniki wykonywanej przez siebie pracy, informują się nawzajem o rzeczach dla swojej profesji absolutnie podstawowych. Nieumiejętne stosowanie takiego zabiegu powoduje, że zamiast wciągającego filmowego dialogu otrzymamy wykład lub lekcję prowadzoną przez dwóch ekspertów. W „Norymberdze” na podobnej zasadzie toczy się rozmowa sędziego Roberta Jacksona ze swoją asystentką. Jest maj 1945 r., a para tłumaczy sobie problemy związane z faktem, że sama idea sądu nad Niemcami oparta jest, delikatnie mówiąc, na kruchych podstawach prawnych. O tym, że ordynarnie łamie się tu starą rzymską zasadę „lex retro non agit”, czyli „prawo nie działa wstecz”, wiedzieli jednak od lat wszyscy poważni prawnicy. To właśnie dlatego Wielka Brytania, najstarsza wówczas nieprzerwanie funkcjonująca demokracja świata, była za tym, aby prawa nie ośmieszać i czołowych nazistów po prostu rozstrzelać, a tych mniej okrutnych zesłać na jakąś wysepkę o parszywym klimacie.

Prawo silniejsze niż Watykan

Robert Jackson miał dylemat, którego nie pokazano w filmie. Jadąc do zrujnowanej Norymbergi, wiedział, że staje się trybikiem w nowo powstałej machinie prawnej, która mogłaby w przyszłości posłużyć do osądzenia jego własnego kraju, gdyby „sprawy poszły źle”. Vanderbilt oszczędził amerykańskim widzom takich niewygodnych pytań. Zamiast tego zaserwował im połajanki wobec papiestwa.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.