Świat ustawia nas na pozycji sojuszników Hitlera
  • Rafał A. ZiemkiewiczAutor:Rafał A. Ziemkiewicz

Świat ustawia nas na pozycji sojuszników Hitlera

Dodano: 
Joachim von Ribbentrop i Józef Beck w Warszawie w styczniu 1939 r.
Joachim von Ribbentrop i Józef Beck w Warszawie w styczniu 1939 r. Źródło: Wikimedia Commons
Zdroworozsądkowe stwierdzenie, że przyjęcie przez Becka w kwietniu 1939 roku „gwarancji” brytyjskich było jednym z największych i najtragiczniejszych w skutkach błędów, jakie popełniono w historii, spotyka się z zawziętym wyparciem. Trudno się dziwić − całe pokolenia wychowywano w poczuciu dumy z tego, że Polacy, gdy przyszło co do czego, potrafili się rzucić na stos i tak pięknie, tak do szczętu spłonąć, ku podziwowi całego świata.

Świat nas jednak wcale za to nie podziwia, przeciwnie, i na wszelkie sposoby ustawia tam, gdzie według odrzuconej przez Becka geopolitycznej logiki powinniśmy się byli znaleźć − na pozycji sojuszników Hitlera, a nie jego ofiar.

Mechanizm wyparcia, potwierdzi to każdy psycholog, ma to do siebie, że posługuje się argumentami emocjonalnymi. Tezy Zychowicza, Ziemkiewicza i śp. Wieczorkiewicza to „plucie na groby Armii Krajowej”, „potworne kłamstwo”, które „uwiarygodnia antypolskie oszczerstwa” i tak dalej. Trudno dyskutować z histerią, ale coś robić trzeba, nie żeby była szansa histeryków przekonać, ale by utrudniać im mącenie w głowach.

Koronny argument przeciwko dociekaniu, czy Polska nie mogła wyjść z wojny mniej pokiereszowana, stanowi skutek, jaki by to niosło dla polskich Żydów. To znaczy i tak zostali eksterminowani, ale w generalnie korzystniejszym dla Polski alternatywnym biegu dziejów państwo polskie mogłoby w tym współuczestniczyć. I bylibyśmy dziś oskarżani o współsprawstwo Holokaustu.

Wypierający nie są w stanie zaprzeczyć, że i tak jesteśmy oskarżani. Ale niesłusznie – podkreślają. I właśnie dlatego nie wolno (tu podnoszą głosy do krzyku) rozważać historycznych alternatyw, nie wolno dopuszczać do siebie myśli, że jednak lepiej było odpuścić ten nieszczęsny korytarz, zamiast samotnie brać całą potęgę i wściekłość Hitlera na klatę, bo jakiekolwiek zmiękczenie stanowiska w tej kwestii uwiarygodnia to potworne kłamstwo o naszej współwinie, sugeruje, że Polacy, choć nie kolaborowali, ale mogliby, a jeśli by mogli, to może jednak kolaborowali.

Nonsens tej argumentacji tkwi w przekonaniu, że stereotyp polskiej współwiny za Holokaust ma się jakoś do interpretowania faktów historycznych. W istocie, jak wszelkie tego typu stereotypy, odpowiada on na potrzeby polityki bieżącej. I kluczem do zmiany tego stereotypu w tę czy inną stronę nie jest taka albo inna interpretacja historii, tylko obecna sytuacja polityczna.

Według danych wydobytych z niemieckich archiwów przez Roberta Paxtona siły okupacyjne we Francji − w owym czasie mającej 45 mln obywateli − liczyły sobie 60 batalionów tzw. landesschutzu, czyli około 40 tys. żołnierzy ostatniej rezerwy, uznanych za niezdolnych do służby liniowej. Średnia wieku tych okupantów przekraczała 45 lat. Takie wojsko w zupełności wystarczyło do okiełznania sławnej z licznych filmów francuskiej „resistance”, mimo intensywnego wsparcia udzielanego jej przez Wielką Brytanię. W świetle historycznych faktów serial „’Allo, ‘Allo” okazuje się bliższy prawdy o francuskim oporze niż jakiekolwiek inne dzieło − i co z tego? W wydanej niedawno i szalenie zachwalanej historii II wojny światowej Antony’ego Beevora francuski ruch oporu zajmuje więcej miejsca niż Armia Krajowa.

Z Holokaustem podobnie. Polskie państwo, nadziemne czy podziemne, nigdy z nazistami nie współpracowało, ale jesteśmy uważani za współsprawców na mocy tego rodzaju „dowodów”, w jakich produkowaniu wyspecjalizował się Jan Tomasz Gross. Francuscy urzędnicy i policjanci, na polecenie swego legalnego rządu, sporządzali rejestry współobywateli żydowskiego wyznania i pochodzenia, wyłapywali ich i sumiennie dostarczali Niemcom prosto do gazu. I nikt im tego nie wyrzuca, nikt nie wątpi, że Francja była ofiarą Hitlera, ale dzielnie stawiała mu opór.

Gdybyśmy zachowali się mądrzej, może byśmy faktycznie mieli coś za uszami, ale nikt by się nas o to dziś nie czepiał. Bo bylibyśmy Francją, a nie postkolonialnym, zrujnowanym krajem, z którym zwyczajnie nie trzeba się liczyć. Tak to jest.

Artykuł został opublikowany w 2/2013 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.