Wojna 1920 r. była starciem biedaków. Polska, odzyskawszy dopiero co niepodległość, odbudowywała armię jako kraj zniszczony, splądrowany i pozbawiony przemysłu. Sprzęt bojowy, różnego pochodzenia i o nierównej wartości, był często zużyty i wciąż go brakowało. Rosja z kolei, po sromotnie przegranej pierwszej wojnie światowej, rozdarta konfliktem wewnętrznym, była cieniem dawnej potęgi. Niska kultura techniczna żołnierzy obu walczących stron (zwłaszcza u Rosjan) oraz dotkliwy brak fachowej kadry ograniczały stosowanie bardziej zaawansowanych narzędzi walki. A jednak w tym morzu zacofania zdarzały się godne odnotowania przebłyski nowoczesności. Zwłaszcza po stronie polskiej.
Na niebie
Na froncie zachodnim w latach 1914–1918 doszło do skokowego wzrostu znaczenia lotnictwa, które z roli czysto pomocniczej awansowało do grona broni głównych. Na wschodzie skala jego wykorzystania była jednak stosunkowo niewielka. W Polsce już w listopadzie 1918 r., a więc w trakcie zajmowania kolejnych lotnisk po zaborcach, rozpoczęto formowanie improwizowanych eskadr bojowych. Większość sprzętu zdobytego we Lwowie, w Warszawie, Krakowie i Poznaniu była zdekompletowana; brakowało samolotów stricte bojowych, przeważały maszyny obserwacyjne i szkolne. Podczas wojny z Rosją bolszewicką polskie lotnictwo było wciąż w stadium organizacji. Doskwierały mu fatalny stan sprzętu, brak części zamiennych i wyszkolonych kadr oraz słabe zaplecze techniczne. Problemem była także wielka różnorodność płatowców utrudniająca naprawy i szkolenie pilotów.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
