Piorun z Izraela
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Piorun z Izraela

Dodano: 
Izraelscy komandosi z Sayeret Matkal po operacji Entebbe
Izraelscy komandosi z Sayeret Matkal po operacji Entebbe Źródło: Wikimedia Commons / IDF Spokesperson's Unit, CC BY-SA 3.0
Zakładnicy byli przekonani, że nikt ich nie uratuje. Żołnierze Sayeret Matkal dokonali jednak niemożliwego i przeszli do historii najbardziej spektakularnych operacji specjalnych.

– Chwilę po starcie z Aten zwróciłam uwagę na bardzo dziwne zachowanie stewardesy, która akurat przechodziła z pierwszej klasy do klasy ekonomicznej, gdzie siedzieliśmy. Była biała na twarzy, wyglądała na śmiertelnie przerażoną – wspominała w rozmowie ze mną Sara Davidson, pasażerka feralnego lotu Air France 139. – Szepnęłam do męża: „Uzi, właśnie zostaliśmy porwani”. Odpowiedział, że to tylko moja bujna wyobraźnia. Moment później widzieliśmy już dwóch Arabów biegających po samolocie, wymachujących pistoletami i granatami. Usłyszeliśmy też głos niemieckiego porywacza, który mówił po angielsku z bardzo ciężkim niemieckim akcentem. Czwartym porywaczem była jego rodaczka. Widać było, że Niemcy byli świetnie przeszkoleni i działali według konkretnego planu, natomiast ci młodzi Arabowie zachowywali się bardzo nerwowo. Terroryści zakazali nam rozmawiać między sobą, więc nikt się nie odzywał.

W jednej chwili marzenie izraelskiej rodziny zamieniło się w horror. Państwo Davidson, wraz z dwoma nastoletnimi synami, lecieli właśnie w podróż życia do USA. Była niedziela, 27 czerwca 1976 r. Dla chłopców była to pierwsza podróż zagraniczna. Sara wraz z Uzim latali zawsze najbezpieczniejszymi w ich mniemaniu izraelskimi liniami El Al, ale tym razem wybrali Air France z uwagi na atrakcyjną cenę biletów. W Paryżu rodzina miała się przesiąść w samolot do USA, ale na trasie z Tel Awiwu do stolicy Francji było jeszcze międzylądowanie w Atenach. I to właśnie tam, wykorzystując luki w systemie bezpieczeństwa na ateńskim lotnisku, na pokład samolotu przewożącego 260 osób weszli uzbrojeni terroryści.

– Bałam się, że porywacze mogą nas rozdzielić i będą nas po kolei rozstrzeliwać. Pamiętam, że gdy w tamtym momencie spojrzałam na moich synów, ich niebieskie oczy zrobiły się ogromne z przerażenia. Cały czas powtarzali: „Boże, dlaczego to spotkało akurat nas?” – opowiadała urodzona w 1934 r. Sara Davidson. – Wiedzieliśmy, do czego tacy terroryści byli zdolni, ale jeżeli już człowiek znajdzie się w takiej sytuacji, to kurczowo trzyma się nadziei, że będzie dobrze, choćby nie wiem, co się działo. Wśród nas było wiele religijnych osób, które cały czas się modliły. My nie jesteśmy wierzący, więc pozostawała nam zwykła nadzieja, że jakimś trafem uda nam się wyjść z tego cało. Mój mąż, który był nawigatorem w izraelskich siłach powietrznych, zachowywał się spokojnie. W kieszeni koszuli miał swoją przepustkę wojskową. Ten papierek mógłby oznaczać dla niego wyrok śmierci, dlatego zjedliśmy go, a resztki wsadziliśmy do środka pustej puszki po coca-coli.

Artykuł został opublikowany w 1/2024 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.