Obrazek pierwszy: wchodzę na teren bazy wojskowej w centrum Caracas i nikt mnie o nic nie pyta, nie sprawdza dokumentów, nie przeszukuje. Obok budki ze strażnikami przeprowadza mnie znajomy, który jest kapitanem w armii. „Skoro to znajomy kapitana, to nie ma problemu” – zdaje się, że na takiej zasadzie wchodzę na teren bazy. Żołnierze, których spotykam po drodze, żartują, śmieją się, docinają sobie – jak to Latynosi. Cały czas nie jestem w stanie uwierzyć, że mogę się tak po prostu kręcić po obiekcie wojskowym.
To był mój ostatni dzień w Wenezueli, więc po południu musiałem się jakoś dostać na stołeczne Aeropuerto Internacional de Maiquetía Simón Bolívar. Znajomy kapitan stwierdził, że lepiej nie brać taksówek – nigdy nie wiadomo, czy kierowca nie jest dogadany z bandytami czekającymi w jakimś zaułku. I najlepiej będzie, jeżeli podwiezie mnie na lotnisko… autem wojskowym. Widać bardzo chciał, żeby kolega z Europy w jednym kawałku dotarł do samolotu – Caracas to w końcu jedno z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie. Nigdy wcześniej ani później nie jechałem wojskową „taksówką”.
Przypomniałem sobie o tej wizycie w bazie wojskowej, kiedy usłyszałem o nocnym rajdzie Delta Force w Caracas. Nic dziwnego, że Maduro otaczał się kubańskimi komandosami, którzy dbali o jego bezpieczeństwo. Jak widać, skorumpowanej, rozprzężonej wenezuelskiej armii nie ufał nawet jej naczelny dowódca (inna sprawa, że nawet świetnie wyszkoleni Kubańczycy, którzy mieli utrzymać u władzy kluczowego sojusznika Hawany, dostarczającego jej półdarmowe paliwo, nie byli w stanie sprostać operatorom Delta Force).
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
