Nie miejsce tu na opisywanie bieżącej polityki, ale wyjątkowo wspomnę o występie lewicowej minister Agnieszki Dziemianowicz-Bąk na partyjnym wiecu na początku lipca. Pani minister, kreowana przez swoją partię na „wyborczą lokomotywę”, poświęciła swe wystąpienie przestrogom przed rosnącą w siłę prawicą, szczególnie tą „skrajną”. No i co? – państwo spytają. Partyjna propaganda „us usual”. Otóż ciekawa jest retoryka, po którą sięgnęła działaczka lewicy. Nazwała mianowicie prawicę „pleśnią”, która wyrasta na nierównościach, biedzie i poczuciu niesprawiedliwości.
Mniejsza o odczłowieczanie politycznego przeciwnika – jak nie „sepsa”, to „pleśń” – bo to klasyka propagandy i od czasów Goebbelsa nic nowego w tej kwestii nie wymyślono. Ale czyż nie jest godnym odnotowania chichotem historii fakt, że ten propagandowy chwyt przyszedł do głowy właśnie działaczce partii, która nazywa się „Lewica”?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

