Szwecja na początku XVII w. była średniej wielkości państwem, położonym na północnych krańcach Europy. Miała zaledwie ok. 1,3 mln mieszkańców. Sztokholm był wówczas niewielkim portowym miastem, liczącym 9 tys. mieszkańców. Rzeczpospolita była z kolei jednym z największych państw na kontynencie; ok. 11 mln ludzi żyło na obszarze niemal 1 mln km kw. Warszawę mogło wówczas zamieszkiwać ok. 20 tys. osób.
Nie przeszkadzało to Szwedom boksować znacznie powyżej swojej wagi. Mieli do tego poważne atuty. Bogate złoża rudy żelaza i nowoczesna technologia przyniesiona do Szwecji przez metalurgów z Walonii zaspokajały potrzeby armii. Wydobycie miedzi w kopalni w Falun i eksport żelaza przynosiły spore zyski przeznaczane na modernizację wojska. Już na początku XVII w. Szwedzi zaczęli reformować armię, korzystając z nowoczesnych, holenderskich wzorów. Wprowadzono przymusowy pobór, tworząc z rekrutów pozostającą w stałej gotowości piechotę narodową. Pojawiły się też regularnie wypłacany żołd, renty dla wojennych inwalidów i ich rodzin oraz nadania ziemskie za służbę. Tym sposobem Szwedzi potrafili wystawić nawet 40 tys. żołnierzy. Był to wysiłek, na który dużo ludniejsza Rzeczpospolita mogła sobie pozwolić jedynie w chwilach największego zagrożenia.
Szwedzka piechota doskonaliła się w taktyce używania piki i muszkietu, aż w końcu była w stanie zwyciężać husarię. Szwedzi utrzymywali też sporą flotę wojenną, w której skład wchodziły zarówno okręty bojowe, jak i transportowce zdolne przerzucać przez Bałtyk piechotę i zaopatrzenie, a w drugą stronę zdobyte łupy. Władający niezbyt bogatym krajem król Gustaw II Adolf wyznawał zasadę toczenia wojen na ziemiach sąsiadów, przerzucając na nich koszty działań.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
