Z rozgrabianiem grosza publicznego poprzez budżety rozmaitych „narodowych” instytucji trzeba ludzi oswoić – i właśnie hasło „Teatru Narodowego” doskonale się sprawdza. Któż by pytał, ile to kosztuje, skoro „narodowe”? Ile osób z tego żyje, a ilu członków narodu kiedykolwiek zasiądzie na widowni? To są pytania dla postępowego inteligenta np. z Żoliborza kompletnie nieistotne, a wręcz nieznośnie irytujące.
Niniejszy tekst to fragment książki Grzegorza Brauna i Jana Tatury pt. „Polskie biesy. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie”, wyd. Fronda.
Rekonesans badawczy pod szubienicami – kto powiesił Wulfersa?
TATURA: Mam to w notatkach od dawna, że musimy koniecznie na dłużej zatrzymać się pod szubienicami, zwłaszcza tymi, które posłużyły przy tzw. wieszaniach warszawskich – a tytułem wprowadzenia przypomnę, że w roku 1794 wieszano zdrajców targowiczan w Warszawie i w Wilnie. „Jakobin” Jasiński już w kwietniu zainaugurował insurekcję na Litwie powieszeniem hetmana Szymona Kossakowskiego, a w maju, w Warszawie, powieszono jego brata, biskupa Józefa, wraz z hetmanami Ożarowskim i Zabiełłą oraz kasztelanem Ankwiczem – należącymi niewątpliwie do liderów konfederacji targowickiej. Stało się to, zanim jeszcze Kościuszko przybył do stolicy – władze ociągały się z karaniem zdrajców, lud wymierzył sprawiedliwość, sprawa czysta i oczywista – dlaczego w ogóle mamy jakoś szczególnie pochylać się nad tymi drastycznymi owszem, ale nieobciążającymi patriotycznego sumienia przypadkami?
BRAUN: Bo lepszy przykład niż wykład – żeby pokazać, że „gniew ludu” zawsze ma zakulisowych reżyserów i suflerów, którym przyświecać mogą cele dalece odbiegające od oficjalnie deklarowanych. I że w 1794 roku sprawy wcale nie przedstawiały się tak jasno i prosto, jak na rysunku Norblina – notabene czarno-białym, fotograficznie wiernym, ale szkicowanym z bezpiecznego dystansu, który pozwala zachować anonimowość katom i ofiarom. Prowadziłem w swoim czasie – jako okresowo przewlekle bezrobotny reżyser dokumentalista, wysiadując w czytelniach bibliotecznych i archiwach narodowych – moje małe śledztwo w sprawie tzw. wieszań warszawskich 1794 roku. Na pierwszy trop naprowadził mnie Kiliński – w sposób szczególny wzmiankując kilkakrotnie w swoich tromtadrackich i samochwalczych pamiętnikach jednego z powieszonych w tzw. drugich wieszaniach 28 czerwca 1794 roku. Bo w czasie insurekcji były w Warszawie pierwsze i drugie wieszania: 9 maja i 28 czerwca. I one również, o zgrozo, weszły do legendy patriotycznej jako akt mniemanej sprawiedliwości, której zadośćuczynił patriotyczny „lud Warszawy”, słusznie wzburzony bezkarnością zdrajców. Bo ów „lud” jest ex definitione zawsze nieposzlakowanie patriotyczny – i wtedy, w insurekcji 1794 roku, i później, w noc listopadową 1830. I w ogóle ostatecznie tylko ten „lud” jednak upomni się o to, o czym „panowie” burżuje i arystokraci zapomnieli.
TATURA: 28 czerwca 1794 roku, w sobotę, w kilku punktach Starego Miasta powieszono kilkunastu zdrajców, wśród nich było dwóch znaczniejszych dygnitarzy: Czetwertyński-Światopełk, kasztelan przemyski, i Massalski, biskup wileński; poza tym na zaimprowizowanych szubienicach zawisło trzech szambelanów królewskich: Boscamp-Lasopolski, Grabowski i Wulfers, także niejaki Piętka, szpieg ambasady rosyjskiej, oraz Roguski, raczej Bogu ducha winny, instygator koronny, czyli należący do aparatu policyjnego, którego może akurat pomylono z kimś innym. Któremu z nich poświęcimy teraz naszą pogawędkę?
BRAUN: Otóż Kiliński zza grobu zwrócił moją uwagę na postać Wulfersa. Michał Wulfers był stosunkowo młody, około trzydziestki, adwokat warszawski, syn profesora Szkoły, żonaty z córką profesora Hubego – dobrze ustawiony, jak byśmy dziś powiedzieli – syndyk Nowego Miasta (tuż za Barbakanem Starego Miasta, które było wówczas osobną jednostką administracyjną), syndyk masy upadłościowej jednego z banków zbankrutowanych w 1793 roku, szambelan króla Stanisława Augusta. Tutaj od razu trzeba zaznaczyć, że tych szambelanów było jak psów, że nie było to żadne szczególne wyróżnienie, ale oznaczało, że Michał Wulfers mógł mieć dostęp do ucha Stanisława Augusta. Ów adwokat Wulfers ledwie parę tygodni wcześniej – przed swą tragiczną śmiercią w godzinach popołudniowych 28 czerwca, na szubienicy zaimprowizowanej przez podburzony motłoch – był członkiem Rady Zastępczej Tymczasowej, czyli powstańczego rządu, który kontrolował sytuację, zanim do stolicy dotarli Hugo Kołłątaj z Ignacym Potockim i zanim ukonstytuowali, z woli naczelnika Kościuszki, Radę Najwyższą Narodową. Wcześniej działa Rada Zastępcza Tymczasowa pod przewodem prezydenta Warszawy Ignacego Wyssogoty Zakrzewskiego, m.in. z Michałem Wulfersem w składzie. I otóż ten Michał Wulfers, należący do elity, choć był wtajemniczony w spisek insurekcyjny, na żadnych barykadach nie stawał na Wielkanoc 1794 – historycy, którzy w ogóle go wzmiankują, piszą, że należał do „prawicy”, co ma oznaczać, że nie należał do „jakobinów”. I rzeczywiście, w krytycznym momencie tzw. pierwszych wieszań, w piątek, 9 maja, wspólnie z kolegą adwokatem Józefem Wybickim (autorem naszego hymnu państwowego, Mazurka Dąbrowskiego), wyszedłszy z Ratusza, odważnie, choć bezskutecznie, stawał w obronie wleczonych na szubienice. Nie tyle występował jako adwokat ewidentnych zdrajców i zaprzańców – co mu później zarzucano, żeby post factum usprawiedliwić dokonane na nim morderstwo – ile po prostu razem z Wybickim starali się zapobiec samosądom.
TATURA: I tym właśnie aktem odwagi cywilnej Wulfers podpadł Kilińskiemu?
BRAUN: Nie wykluczam, że tym również – ale nie tylko. Czym zwrócił Kiliński moją uwagę na postać Wulfersa, czym go wyróżnił w swoich pamiętnikach? Paradoksalnie tym, że Kiliński wyraża się o Wulfersie szczególnie życzliwie – przy czym zapewnia, jakby z góry odpierał ewentualne zarzuty, że niestety nic nie mógł dla niego uczynić, kiedy 28 czerwca rozgrywał się ten horror uliczny. To, co przed laty zapaliło mi w głowie lampkę kontrolną, to fakt, że wcześniej u innego pamiętnikarza natknąłem się na wzmiankę o tym, iż Wulfers podobno na posiedzeniach Rady Zastępczej Tymczasowej bezlitośnie z Kilińskiego szydził – pewnie z taką wyższością, z jaką elegancki adwokat może odnosić się do rzemieślnika. Z tych świadectw pamiętnikarskich wyłania się pewne napięcie pomiędzy ludowym i ludycznym w zachowaniach bohaterem, jakim jest Kiliński, a inteligenckim, mającym swoje „wejścia” do Ratusza i na Zamek, wyszczekanym prawnikiem, jakim jest Wulfers. Pomyślałem, że im bardziej pozytywnie, z nieszczerym ubolewaniem wyraża się w swoim pamiętniku Kiliński o Wulfersie, tym bardziej może w rzeczywistości rad był, że nieszczęsnego Wulfersa dosięgła ręka sprawiedliwości ludowej.
TATURA: A my tego Wulfersa mamy pozytywnie oceniać na serio?
BRAUN: Wulfers jako adwokat pewnie nie był kandydatem na ołtarze, ale najwyraźniej był na tyle przyzwoitym człowiekiem, że miał zdrowy odruch nieaprobowania linczu i miał dość śmiałości, by skonfrontować się z rozjuszonym „ludem”. Półtora miesiąca później nieszczęsny i, jak przypuszczam, raczej nieświadomy, kto go „nominował”, Michał Wulfers, sam zawiśnie na szubienicy zaimprowizowanej opodal Placu Zamkowego, przed kościołem bernardynów, dziś kościołem akademickim pw. św. Anny. Od razu powiem, że rad bym przyczynił się do wmurowania w tym miejscu jakiejś skromnej tablicy, która by upamiętniała przynajmniej tę tak ewidentnie niewinną ofiarę warszawskich samosądów czasów insurekcji kościuszkowskiej.
TATURA: Umówmy się, że na premierze książeczki ogłosimy zrzutkę na ten cel – tymczasem jednak proszę o dalsze wyjaśnienia.
![]()
BRAUN: Kiedy już wyszukałem wszystkie wzmianki o tej sprawie – nielicznie zresztą występujące w literaturze przedmiotu – zacząłem szukać w dokumentach źródłowych, wertować protokoły przesłuchań, oryginały rękopisów, jedyne egzemplarze w tzw. poszytach, które zachowały się jakimś cudem, szczątkowo, ale jednak w Archiwum Głównym Akt Dawnych. Jaki obraz wyłania się z mojej kwerendy w tych papierach? Obraz morderstwa politycznego, które zostało „zalegendowane” spontanicznym wybuchem gniewu „ludu warszawskiego”. Wulfers został wywleczony wcale nie z aresztu, wcale nie z Prochowni warszawskiej, gdzie osadzono go kilkanaście dni wcześniej – jacyś dobrze poinformowani ludzie wskazali „ludowi” drogę do mieszkania dozorcy więzienia, który tak życzliwie zaopiekował się Wulfersem, że pozwolił mu mieszkać we własnym lokalu w kamienicy przy Wierzbowej, a nie pod celą w Prochowni. Notabene, to dodatkowa przesłana potwierdzająca, że oskarżeń o zdradę, które były pretekstem do aresztowania, nie traktowano z przesadną powagą. Prezydent Wyssogota Zakrzewski, który ma w patriotycznej literaturze opinię nieposzlakowaną, wystawił Wulfersowi swoiste świadectwo niewinności – 28 czerwca w godzinach wieczornych, już po ulewie, która ostatecznie wygasiła zajścia, ciało Wulfersa, jako jedynego z kilkunastu tego dnia powieszonych, kazał godnie pochować. Zbrodni na Wulfersie – pod pretekstem niecierpiącego zwłoki karania zdrajców – dokonano rękoma linczującego tłumu, którego przedstawicieli mogliśmy później poznać, ponieważ Kościuszko kazał ich osądzić i niektórych dla przykładu ukarać. I rzeczywiście paru nawet powieszono – jakichś murarzy, jednego krewkiego rzeźnika. Ale czy ci bezpośredni winowajcy mieli aż tak nadzwyczajną intuicję albo możliwości wywiadowcze, by tak dobrze wiedzieć, z którego mieszkania, spod jakiego adresu Wulfersa wyciągnąć? I któż w ogóle – raczej niepiśmiennym ludziom – wskazał Wulfersa jako „zdrajcę”, którego koniecznie należy natychmiast powiesić?
TATURA: Jeśli Wulfers nie był tak naprawdę zdrajcą, dlaczego w ogóle trafił do aresztu?
BRAUN: Otóż aresztowano go po tym, jak, będąc jeszcze członkiem Rady Zastępczej Tymczasowej, udał się do wyżej wzmiankowanej Prochowni po to, żeby, jako adwokat i członek komisji powołanej do zbadania tzw. papierów ambasady rosyjskiej, rozmawiać z więźniami tam osadzonymi. I to musiało kogoś zaalarmować – może doniósł gdzieś wyżej ten sam dozorca, który się później Wulfersem tak „zaopiekował”? Bo zdaje mi się, że szczególny gniew – bynajmniej nie „ludu Warszawy”, ale jakichś postaci uplasowanych na znacznie wyższym poziomie, pociągających za sznurki – Wulfers wzbudził, wdając się w rozmowę z niejakim Aubertem, Francuzem, rojalistą. Mecenas Wulfers rozmawia z francuskim dyplomatą oddającym szpiegowskie usługi rosyjskiemu ambasadorowi i zaraz następnego dnia sam zostaje aresztowany, osadzony, a kilkanaście dni później lud warszawski pozbawia go życia, odzierając dyndającego trupa z fraka i pantalonów, co zostało odnotowane w protokołach przesłuchań winowajców. Ale ci bezpośredni winowajcy to właśnie tylko ślepy miecz; warto zastanowić się, która ręka tym mieczem władała.
TATURA: Komu więc przypisać, mówiąc językiem kodeksu karnego, „sprawstwo kierownicze”?
BRAUN: Moja hipoteza jest taka, że Wulfers musiał się nieopatrznie dowiedzieć rzeczy istotnych o genezie spisku powstańczego, genezie insurekcji kościuszkowskiej. Dowiedział się z dobrego źródła, bo właśnie Joseph Aubert był niewątpliwie prawdziwym graczem politycznym. On akurat był rzeczywistym szpiegiem – wywiadowcą wyższej klasy i fachowcem (jest współautorem eleganckiego planu miasta Warszawy właśnie z 1794 roku). Aubert przybył do Warszawy jako francuski dyplomata jeszcze za starego reżimu, ale tymczasem władzę w Paryżu przejęła Rewolucja – i rojalista Aubert poszedł na służbę do Rosjan, którym był przydatny w tropieniu spisków jakobińskich w Polsce.
Niniejszy tekst to fragment książki Grzegorza Brauna i Jana Tatury pt. „Polskie biesy”, wyd. Fronda.
Czytaj też:
Ikona, która może wszystko Czytaj też:
Świadek Rzezi Wołyńskiej Czytaj też:
"Wziął ślub z Panią Biedą". Inspirujące losy i droga do nawrócenia świętego z Asyżu
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
