Zapomniana epopeja krucjat

Zapomniana epopeja krucjat

Dodano: 
Obraz "Zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców, 15 lipca 1099" Émile'a Signola
Obraz "Zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców, 15 lipca 1099" Émile'a Signola Źródło: Wikimedia Commons
Piotr Tylus || Dzięki krucjatom zdobycie Konstantynopola zostało opóźnione o mniej więcej 350 lat. Nikt zatem nie chciał nikogo nawracać mieczem, a jedynym celem była ochrona chrześcijaństwa – zarówno tam, jak i tutaj.

Wyprawy krzyżowe oraz inkwizycja – oto dwa główne tytuły winy, z powodu których współcześni katolicy tak jakby oblewali się rumieńcem wstydu. Niektórzy hierarchowie przepraszają za inkwizycję i krucjaty. Czy słusznie? Zostawmy tutaj w spokoju inkwizycję, której warto by poświęcić odrębny artykuł, a skupmy się na krucjatach.

Warto zastanowić się, jaki cel przyświecał Urbanowi II, gdy w roku 1095, na synodzie w Clermont, wzywał do krucjaty, i czy rzeczywiście chodziło mu o nawracanie „niewiernych”, o nawracanie mieczem – jakże haniebne! Otóż Cesarstwo Bizantyńskie kurczyło się w szybkim tempie pod naporem islamskim, a na Zachodzie zapanowała głęboka świadomość, że Europa jest zagrożona w sposób bezpośredni i że narody zachodnie powinny zbrojnie interweniować, by ją chronić. Przypomnijmy, że już w roku 711 muzułmanie przeprawili się przez Cieśninę Gibraltarską na stronę europejską i zaczęli podbój Hiszpanii (niektórzy historycy uważają, że ich wyprawy na Półwysep Iberyjski miały miejsce wcześniej), a w roku 732 zaatakowali państwo Franków, lecz zostali powstrzymani przez Karola Młota dzięki wygranej przez niego bitwie pod Poitiers. Papież Urban II zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które niósł ze sobą islam. Dzięki krucjatom zdobycie Konstantynopola zostało opóźnione o mniej więcej 350 lat. Nikt zatem nie chciał nikogo nawracać mieczem, a jedynym celem była ochrona chrześcijaństwa – zarówno tam, jak i tutaj.

Przeciw Turkom

W kwestii krucjat panują obecnie pewne utarte, nieuzasadnione przekonania – o których warto na samym początku tutaj wspomnieć – nie tylko w kwestii rzekomego nawracania mieczem. Przede wszystkim byłoby dobrze nie osądzać wypraw krzyżowych z dzisiejszego punktu widzenia i spojrzeć na tamte wydarzenia z perspektywy ludzi żyjących w średniowieczu; warto spróbować zrozumieć ich sposób myślenia, ich mentalność. Otóż dla nich było rzeczą całkowicie naturalną, że należy troszczyć się o miejsca święte, a szczególnie o to miejsce, gdzie dokonało się ich Odkupienie, i że należy troszczyć się o bezpieczeństwo pielgrzymów, którzy tam podążali, oraz o rdzennych chrześcijan zamieszkujących tereny niegdyś wyrwane przez islam cesarstwu wschodniorzymskiemu. Bo przecież oni byli ludźmi autentycznie wierzącymi, nie tylko sercem (w zasadzie „nie pracowali na emocjach”), lecz także rozumem. I niewykluczone, że nasze obecne skrupuły w kwestii krucjat byłyby dla tych ludzi najzwyczajniej w świecie niezrozumiałe.

Poza tym często można dzisiaj spotkać się z poglądem, że krzyżowcy walczyli z Arabami. Otóż nie tyle z Arabami, ile z Turkami, a nawiasem mówiąc – wielki Saladyn był z pochodzenia Kurdem. Jeśli chodzi o Arabów, to bardzo szybko zaczęli utrzymywać z nimi również pozytywne relacje, zawiązywały się przyjaźnie itd. Zresztą układali się nie tylko z Arabami, lecz także z Turkami. Rzeczywistość była bardzo złożona. Różnie bywało w różnych okresach. Przytoczmy przy tej okazji pewną anegdotkę. Emir Osama, przebywający w roku 1140 w Jerozolimie, gdzie zaprzyjaźnił się z templariuszami, tak oto napisał w swojej relacji: „Gdy zwiedzałem Jerozolimę, zaszedłem do meczetu Al-Aksa, który zajmowali moi przyjaciele Templariusze. Obok znajdował się niewielki meczet, który Frankowie przekształcili w kościół. Templariusze oddali mi ten mały meczet do dyspozycji, bym mógł w nim się modlić”.

Artykuł został opublikowany w 12/2023 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.