Listy, wspomnienia, zdjęcia. Należałoby powiedzieć — nieznane listy, nieznane wspomnienia, nieznane zdjęcia. Ale przez to lektura jeszcze bardziej wciągająca... A jeszcze spisane osobiste relacje i osób mu najbliższych, tych których zaliczał do przyjaciół, i których traktował jako rodzinę.
Przede wszystkim jednak listy. Pisał ich bardzo dużo. Do Reymonta, do Żeromskiego, do Paderewskiego... Mój drogi Władku, Szanowny kolego, Czcigodny Panie. A czasami już zupełnie kolokwialnie: „Kochany Reymoncie, – że tak sobie zacznę angielskim zwyczajem”. Najczęściej o rzeczach ważnych i poważnych. Innym razem lekko i dowcipnie. Momentami złośliwie i prawie że plotkarsko. W listach do Żeromskiego (o „zagwożdżonej mózgownicy”) bardziej niż frywolnie. Zdarza się że żartem jest cały list, jak ten do Reymonta, gdy Dmowski podając się za komisarza policji zapowiada swój przyjazd do Włoch.
Cała ta korespondencja pokazuje Dmowskiego oczywiście jako wybitnego męża stanu, wielkiego polityka, człowieka o niezwykle szerokich horyzontach intelektualnych i rozległych kontaktach, ale także jako osobę bardzo serdeczną, dowcipną, z nieskrywaną potrzebą relacji z ludźmi.
Każdy więc może znaleźć w tej książce to co lubi najbardziej: ktoś politykę i ideologię, ktoś inny spiski i intrygi, jeszcze inni czar minionych czasów, bez internetu, sms-ów, portali społecznościowych; bez „znajomych”, „polubień” i „czatowania” ale z przyjaciółmi, którym jest się wiernym, z wrogami, z którymi się walczy i z Polską której się służy.
Niniejszy tekst to fragment książki Mariusza Kułakowskiego pt. „Roman Dmowski w świetle listów i wspomnień”, wyd. Dębogóra
List Romana Dmowskiego do Maurycego Zamoyskiego
Ściśle osobiste. Nowy Jork, 30 paźdz. 1918
Drogi Panie,
niezawodnie wkrótce się zobaczymy, gdyż przygotowuję się już szybko do powrotu. Dziś Paderewski ma wrócić tu z Kalifornii – muszę z nim dokładnie wszystko obgadać, zanim się ruszę. Piszę do Pana osobiście te słów parę, żeby pomówić o tym, czego w Komitecie nie można poruszać.
Otrzymałem przedwczoraj w Waszyngtonie telegram od jednego z przyjaciół (nie Polaka), w którym żądał natychmiastowego widzenia się dla zakomunikowania mi ważnych wiadomości. Widziałem się z nim wczoraj w N. Jorku. Powiedział mi rzecz następującą:
„Istnieje tu w Ameryce konspiracja przeciw panu. Wielcy Żydzi amerykańscy (ośmiu o ile wiem) prowadzą akcję u Prezydenta, żeby Pana nie dopuścić na konferencję pokojową. Chcą, żeby Polskę reprezentował Paderewski. Mnie proponowali współdziałanie w tej sprawie. Nazwiska ich Panu nie będę wymieniał, sam się ich Pan domyśli, powiem tylko, że główną wśród nich osobą jest Rabbi Weiss. Insynuują, że Pan jest germanofilem (!), choć sami są niewątpliwie proniemieccy. Mam w swoim posiadaniu list jednego z nich, którego autor powiada, że sprawa usunięcia Dmowskiego i zastąpienia go przez Paderewskiego na kongresie pokoju, którą uważaliśmy za załatwioną, wcale załatwioną u Prezydenta nie jest i trzeba bardzo energicznie działać. Ostateczny plan autorów tej intrygi jest, jeżeli nie będzie można inaczej dojść do celu, rozbić Komitet Narodowy i doprowadzić do utworzenia osobnego komitetu polskiego w Ameryce z Paderewskim na czele”.
Taka jest relacja, którą powtarzam ściśle. Teraz wnioski.
Przede wszystkim informator mój jest człowiek poważny, starszy, w żadnej mierze nie zainteresowany, nie mam więc powodu wątpić w ścisłość. Nadto jest to człowiek wybitny, bardzo inteligentny i orientuje się w polityce, nie ma więc mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. Wyciągam z tej informacji dwa wnioski korzystne:
1) że nawet najzajadlejsi wrogowie nasi nie marzą o nieobecności polskiego przedstawiciela na kongresie.
2) że tym przedstawicielem w przekonaniu Prezydenta i niezawodnie wszystkich aliantów musi być przedstawiciel Komitetu Narodowego.
To jest najważniejsze.
Co do Paderewskiego:
1. faktem jest, że od początku wojny marzy on o reprezentowaniu Polski na kongresie,
2. że gdyby tak wypadło, nie byłby wcale najgorszym reprezentantem,
3. czy jakie kroki w tym kierunku sam robił, nie wiem. Dziś lub jutro rano będę się z nim widział i informację tę mu powtórzę. Powiem mu od siebie, że uważam ten wybór zajadłych na mnie Ż*dów za bardzo szczęśliwy i że się cieszę, iż kwestia jest tylko między nim a mną. Ja uważałbym za swój obowiązek być na kongresie, gdyby to było możliwe, czuję się do tego dość przygotowany i chciałbym tam wszystkimi siłami sprawy polskiej bronić. Osobiście wszakże do tego się nie palę: ten, kto będzie reprezentował Polskę na kongresie, będzie potem kozłem ofiarnym wszystkie niepowodzenia (a te na różnych punktach będą), wszelkie okrojenia naszych żądań terytorialnych, jemu za winę policzone będą przez opinię publiczną. Będą mówili, że tę lub ową część Polski sprzedał. Moje stanowisko jest takie: jeżeli mnie to będzie powierzone, przyjmę, jeżeli jemu – nie będę z nim konkurował, ale przeciwnie, będę go popierał i mu w robocie pomagał. Myślę nawet chwilami, że on może by był lepszy ode mnie. Powinniśmy wszakże dążyć do tego, żeby rządy nie wyznaczały przedstawiciela polskiego, jeno żeby zaprosiły Komitet do jego wydelegowania. Tego wymaga godność Polski i powaga Komitetu.
Dodam Panu od siebie, że dla sprawy polskiej lepiej jest, żeby Paderewski reprezentował Polskę, niż żeby się na tym tle rozwinęła walka. Niech Pan pomówi o tych rzeczach poufnie z paru naszymi ludźmi, tylko nie wciągajcie w to Frączaka, bo on do tego nie jest przygotowany.
Druga sprawa.
Otrzymałem wiadomość z bardzo poważnego źródła, ale tylko dla siebie osobiście – i to z trudnością ją wydobyłem jako wielki sekret – że kongres pokoju ma się odbyć w Genewie. Komunikuję ją tylko Panu nie dla zaspokojenia ciekawości. Moim zdaniem należałoby pocichutko wynająć teraz jaki dobry lokal w Genewie, w którym możnaby było rozłożyć się z pracą, nie być szpiegowanym, zamieszkać kilku ludziom, a nawet może przyjmować. Gdy rzecz stanie się wiadomą, Genewa będzie zatłoczona i możemy się znaleźć w bardzo trudnym położeniu.
Martwi mię, że pokój zbliża się szybkimi krokami i że go zawrą przedwcześnie z Niemcami jeszcze nie dość osłabionymi. W chwili, gdy ten list Pana dojdzie, pewnie już będziecie wiedzieli o warunkach wypracowanych przez komisję aliantów.
Tęsknię do Europy, w Ameryce zrobiłem swoje w miarę mojej możności i nauczyłem się bardzo dużo.
Muszę Panu w zakończeniu powiedzieć, że prowadzę tu życie święte, cnotliwe, (co prawda z musu) i że wrócę ogromnie wydoskonalony.
Ściskam serdecznie dłoń Pańską
Roman
Czy udało się Panu rodzinę sprowadzić do Francji? Jeżeli tak, proszę złożyć Pani Hrabinie moje głębokie ukłony i przypomnieć mnie Córkom.
***
Niniejszy tekst to fragment książki Mariusza Kułakowskiego pt. „Roman Dmowski w świetle listów i wspomnień”, wyd. Dębogóra
Czytaj też:
W rocznicę śmierci pana Romana. Pamiętajmy o DmowskimCzytaj też:
Jedno z największych zwycięstw. Sukces powstania wielkopolskiego był niebywałyCzytaj też:
Niedoszły aktor i kolejarz. 100. rocznica śmierci Władysława Reymonta
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
