Rankiem 20 listopada 1931 r. funkcjonariusze policji wyprowadzili z kamienicy przy ulicy Senatorskiej w Warszawie roztrzęsioną 25-letnią kobietę. Tymczasem pozostali konstable zabezpieczali mieszkanie usytuowane na piętrze, ponad zajmującym parter sklepem Boy i Spółka. W jednym z czterech pokojów luksusowego apartamentu na podłodze leżał w kałuży krwi zimny już trup właściciela rzeczonej firmy, kupca gumowego, Jana Brunona Boya. Ciało denata wyglądało jak sito – w ostatnich sekundach życia został dosłownie nafaszerowany ołowiem. Zabójczyni (bo to jej aresztowania byliśmy przed chwilą świadkami) strzelała do ofiary raz za razem, aż opróżniła cały mieszczący siedem naboi magazynek pistoletu, skądinąd własności nieboszczyka. Ostatnie trzy kule kobieta wpakowała w przyrodzenie martwego już mężczyzny, w furii pozbawiając go męskości i symbolicznie wymierzając mu tym samym sprawiedliwość za wiele zbrodni dokonanych właśnie za pomocą tegoż narządu.
Samozwańcza mścicielka nazywała się Zofia Zyta Woroniecka (z tych Woronieckich), była autentyczną księżniczką oraz oficjalną narzeczoną denata. Co pchnęło do zabójstwa potomkinię rodu o genealogii sięgającej czasów bitwy pod Grunwaldem i jakie okoliczności życiowe skłoniły ją do popełnienia mezaliansu, jakim bez dwóch zdań był związek z kupcem gumowym Janem Brunonem Boyem?
Dokonany przez Zytę mord jeszcze w tym samym dniu, w którym podziurawiła kulami swojego narzeczonego, stał się ogólnokrajową sensacją. Reporterzy brukowców rzucili się na aferę niczym sfora szakali (jak mówi Pismo „gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy”), zapełniając szpalty prasowe dziesiątkami artykułów. Maniakalne zainteresowanie opinii publicznej nie powinno nas znowu tak bardzo dziwić, skoro zabójczynią okazała się błękitnokrwista dama z książęcej dynastii. Międzywojnie to były jeszcze czasy, gdy nad Wisłą mieliśmy prawdziwych arystokratów wyznaczających trendy i angażujących się w życie kraju – nie tak jak dziś, gdy zdegustowane społeczeństwo musi znosić snobistycznych cudaków skarżących się w listach otwartych na… przymus jedzenia gęsich wątróbek i strofujących profesorów UJ tonem dawniej zarezerwowanym dla pańszczyźnianych chłopów… o czasy, o obyczaje! Szczęśliwe to organizmy reliktowe.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
