Ja, urodzony w Londynie, byłem w tej tradycji niezbyt chlubnym wyjątkiem. Z rąk Niemców zginęły trzy osoby z mojej rodziny: dwie ze strony rodziny mojej śp. Mamy, jedna ze strony ojca. Wśród nich mój rodzony dziadek ze strony mamy, Ryszard Bieliński. W jego przypadku lepiej jednak mówić, iż zginął „przez Niemców”, ponieważ stracił życie w wyniku zawalenia się kamienicy, w której mieszkał, a było to rezultatem niemieckiego bombardowania. Dom na Tamce, w pobliżu obecnego gmachu Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina, uszkodzony podczas wojny, zawalił się rok po jej zakończeniu i pogrzebał dziadka. Nie mogłem więc go poznać. Tyle tylko, co z licznych opowieści mamy, którą samotnie wychowywał po śmierci mojej babci, Franciszki z domu Zbijewskiej. Umarła ona w czasie porodu wraz z braciszkiem mamy. Dziadek Ryszard pracował tuż obok domu, w którym mieszkał. Miał antykwariat i małą drukarnię na Krakowskim Przedmieściu, niedaleko pomnika Mikołaja Kopernika, za Uniwersytetem Warszawskim, po skosie naprzeciwko kościoła Świętego Krzyża.
Rok przed Powstaniem Warszawskim, w partyzantce, „w lasach”, jak to wówczas określano, zginął znacznie starszy od mamy jej stryjeczny brat, Jurek Bieliński. Był kapitanem Armii Krajowej, nosił pseudonim „Jerzy Ostrowski”. Jego grób znajduje się na Starych Powązkach, niedaleko czwartej bramy. To grób rodzinny Bielińskich, bardzo charakterystyczny, bo ozdobiony postacią Ikara. Ta nagrobna mozaika jest dobrze widoczna z alejki przy murze. Umieszczona po lewej stronie góruje nad innymi nagrobkami. Zrywający się do lotu Ikar upamiętnia jednego z czternastu – sic! – braci mojego dziadka, mojego stryjecznego dziadka Eugeniusza Bielińskiego. Była jeszcze najmłodsza siostra, Janka, szesnaste dziecko moich pradziadków Bielińskich i jedyna osoba z pokolenia dziadków, którą poznałem. Dziadek Eugeniusz zginął w Palestynie w latach 20. XX wieku w wypadku samochodowym. Był człowiekiem na tyle zamożnym w Polsce, że stać go było na podróż do Ziemi Świętej wraz z żoną. Tam wynajął automobil z kierowcą. Legenda rodzinna mówi, że szofer był narwany, jechał ryzykownie i to on spowodował wypadek. Dziadek Eugeniusz zmarł w szpitalu, jego małżonka zaś, niewiasta bardzo wysportowana, nie tylko jeżdżąca na nartach, ale również na nich skacząca – opowiadała mi o niej moja mama – mimo że była ranna, przeżyła. Najmniejsze obrażenia miał odnieść Arab, który był kierowcą.
Dosłownie dziesięć metrów od powązkowskiego grobu Bielińskich, gdzie spoczywa również śp. Wiesław Bieliński, dużo starszy stryjeczny brat mojej mamy, który wyemigrował do USA i był tam między innymi dziennikarzem „Głosu Ameryki”, znajduje się drugi grób Bielińskich. Spoczywają w nim moi dziadkowie i moja śp. mama, a także traktowana jako integralna część rodziny nasza kochana „gosposia”, jak to niegdyś mówiono, Konstancja Górna, zmarła, jak wszyscy pochowani w tym grobowcu poza moją mamą, w stolicy.
Dosłownie tuż obok znajduje się grób rodzonego brata mojej babci Franciszki Bielińskiej – Walerego Zbijewskiego – oraz jego żony Maryli z domu Prosnak. Zatem trzy groby członków dwóch rodzin znajdują się w promieniu kilkunastu metrów. Duże to ułatwienie dla żyjących.
Dziadka Walerego znałem najlepiej z całej rodziny. Rodzice rozwiedli się, kiedy byłem mały, i w jakimś sensie przez pewien czas zastępował mi ojca. Duży, z tubalnym głosem, często roześmiany. Autor pasjonujących opowieści. Traktował mnie inaczej niż reszta dorosłych, ponieważ rozmawiał ze mną jak z dorosłym. Mówił rzeczy, których wtedy nierzadko nie rozumiałem, a które pojąłem dopiero po latach. Na przykład, że małżeństwo to trudna sprawa i on w ogóle nie powinien się żenić. Było to dla mnie dziwne, bo przecież przez całe życie miał jedną żonę i trójkę dzieci. Po latach zrozumiałem, co mówił do dziesięciolatka. Dziadek Walery całe życie – poza studiami w Grenoble we Francji – związał z Warszawą. Mieszkał na Bielanach, przy Barcickiej, ale też przy Flory, niedaleko placu Unii Lubelskiej, przy Brodzińskiego na Starym Żoliborzu, na samym placu Wilsona, ale najdłużej na Powiślu, przy Czerwonego Krzyża. Opowiadał różne ciekawe historie, choćby tę, jak jako uczeń poszedł na ochotnika do wojska bronić Polski przed bolszewikami. A że okazało się, iż świetnie strzela, został strzelcem wyborowym. O jednym jednak nigdy mi nie mówił: że podczas niemieckiej okupacji wraz z żoną przez kilka lat – sic! – przechowywał żydowską dziewczynkę. Długo po ich śmierci otrzymali medale „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.
Kilka pokoleń warszawiaków w mojej rodzinie „po kądzieli” i „po mieczu”. Nic dziwnego, że czuję dreszcz, gdy słyszę „Sen o Warszawie”, który śpiewał zresztą człowiek z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, Czesław Niemen...
