Podatek inflacyjny. Koncepcja nadmiernego dodruku pieniądza jako przestępstwa
  • Grzegorz GrzymowiczAutor:Grzegorz Grzymowicz

Podatek inflacyjny. Koncepcja nadmiernego dodruku pieniądza jako przestępstwa

Dodano: 
Banknoty. Okładka "La inflación como delito"
Banknoty. Okładka "La inflación como delito" Źródło: Unsplash / Mufid Majnun/ X, Escuela Austriaca de Economia
W książce "Inflacja jako czyn przestępny" argentyński prawnik Ricardo Manuel Rojas postuluje wprowadzenie odpowiedzialności karnej wobec urzędników państwowych za nieuzasadniony dodruk pieniądza.

Lenin powiedział kiedyś, że najlepszym sposobem na obalenie kapitalizmu jest dewaluacja znajdującej się w obiegu waluty. Poprzez kontynuację procesów inflacyjnych rząd może w tajemnicy, przy powszechnej nieświadomości, skonfiskować część majątku obywateli. Używając tej metody, można swobodnie, w zależności od kaprysu, odbierać ludziom ich własność i doprowadzić do powszechnej pauperyzacji zdecydowanej większości obywateli oraz nagłego wzbogacenia się małej części społeczeństwa. Bolszewik dostrzegł też, że podatek inflacyjny wpływa niszcząco na większość reguł zdrowej gospodarki, a zarazem jego działanie jest niewidoczne dla zdecydowanej większości społeczeństwa.

Radziecki guru miał oczywiście znane ideologiczne powody, oczekując autodestrukcji państw burżuazyjnych. Na przestrzeni lat także dobrze życzący Zachodowi przeciwnicy polityki dopuszczającej zmasowany dodruk pieniądza niemającego pokrycia w realnej gospodarce, piętnowali ją jako perfidną, a jednocześnie łatwą do zakamuflowania grabież na obywatelach. Ostrzeżenia przed psuciem waluty dodrukiem i innymi socjalistycznymi eksperymentami nie zostały wysłuchane i kapitalizm w Europie rzeczywiście bardzo podupadł. Jeszcze zanim to nastąpiło, ale kiedy już truchło przywódcy Rewolucji od ponad 20 lat spoczywało na Mauzoleum, nieoceniony dla wolnorynkowej myśli ekonomicznej amerykański dziennikarz i publicysta Henry Hazlitt stwierdził, że mówiąc o inflacji, "Lenin z pewnością miał rację".

Inflacja może oczywiście powstać na skutek szeregu przyczyn. Na przykład inflacja kosztowa, gdy rosną koszty produkcji i transportu, z uwagi na silny wzrost ceny ropy naftowej i innych surowców energetycznych. Jednak są też sytuacje, kiedy rząd i bank centralny tworzą inflację, bo chcą wydawać więcej, niż mogą pobrać z podatków i uzyskać z obligacji. Dlaczego władze nie potrafią powstrzymać żądzy dodruku pieniądza? Jak to się dzieje, że na inflacji prawie wszyscy tracą, ale niektórzy zyskują? Jakie grupy tracą najbardziej i na czym polega mechanizm inflacyjnego wzrostu cen? W tym kontekście można zwrócić uwagę na postulat uzupełnienia unormowań kodeksu karnego w zakresie kradzieży o tworzenie inflacji poprzez nieuzasadnioną emisję pieniądza.

Podatek inflacyjny jako ukryta forma kradzieży

Zdaniem przeciwników polityki dodatkowej emisji, inflacja w swej istocie jest wywłaszczeniem ludzi przez rząd z części majątku w formie ukrytego podatku. Co inflacja oznacza w praktyce dla zwykłego obywatela? Jeżeli wynosi ona dajmy na to 10 procent w skali roku, to znaczy tyle, że 100 złotych na początku roku na jego końcu jest warte 90 zł. W tym wypadku 10 złotych nie zostało nam odebrane w wyniku pospolitego przestępstwa, np. kradzieżą przez złodzieja, lecz zniknęło w rezultacie trwałego wzrostu cen. Dlaczego wzrosły? Bo bank centralny zwiększył ilość pieniądza w obiegu, przez co wartość tego pieniądza zmniejszyła się i finalnie za te same 100 złotych nabędziemy mniej dóbr i usług, niż na początku tego przykładowego okresu. Dorzucenie tzw. pustego pieniądza na rynek spowodowało bowiem spadek siły nabywczej pieniądza, czyli zmniejszyło zdolność do nabywania za niego dóbr i usług. Nie stałoby się to, gdyby rząd zachował odpowiednią proporcję między ilością pieniądza a dobrami i usługami dostępnymi na rynku. Jednak dla polityków u władzy perspektywa wydania "nowych pieniędzy" "tu i teraz" jest tak kuszącą, że decydują się na to mimo w wielu przypadkach pełnej świadomości o niszczycielskich skutkach i pewnym efekcie pauperyzacji społeczeństwa.

W niestety zapomnianym filmie "Lewiatan" fundacji PAFERE z 2021 roku, którego współautorem jest m.in. Krzysztof Bosak, prof. Alejandro Chaufen z Atlas Economic Research Foundation tłumaczy, że rząd prowadząc tzw. politykę monetarną poprzez emisję "pustych" pieniędzy, w istocie wyjmuje pieniądze z kieszeni ludzi bez ich zgody, a bardzo często nawet bez ich świadomości tego faktu. – Jest to coś w rodzaju ukrytego podatku – mówi argentyński historyk wolnorynkowej myśli ekonomicznej. – Inflacja kreowana przez manipulacje pieniężne to zawsze kradzież. To kradzież ukryta, dlatego tym bardziej niebezpieczna, bo ludzie nie widzą, że to rząd za to odpowiada – dodaje Chaufen.

Publicysta Stanisław Michalkiewicz przypomina, że pieniądz jest nie tylko środkiem płatniczym, narzędziem handlu, ale jest również formą kontraktu państwa z obywatelami. Państwo zobowiązuje się wobec obywateli, że dostarczy miernika wartości i nie będzie tego miernika fałszowało, a właśnie inflacja jest dowodem na to, że fałszuje. Ponadto, ludzie są właściwie bezbronni, bo w systemie pieniądza fiducjarnego, skoro nie ma parytetu złota, nie ma jak ochronić się przed impetem rozbujanej inflacji.

Mechanizm wzrostu cen

Proinflacyjna polityka fiskalna prowadzi do daleko idącego zniekształcenia rynku. Zawsze zubaża klasę średnią i przede wszystkim najuboższych, bo wzrosty cen obejmują rachunki, żywność oraz inne podstawowe artykuły i potrzeby, za które płaci każdy. Im mniej zamożna rodzina, tym większą część domowego budżetu musi przeznaczyć na koszty mieszkaniowe i żywność. Beneficjentami podatku inflacyjnego staje się natomiast ta grupa bądź grupy – zwykle nieliczne – mające dostęp do nowo wyemitowanych pieniędzy, zanim wzrost podaży tych pieniędzy podniesie ceny produktów. Niekiedy są to po prostu uprzywilejowane środowiska z jakiegoś powodu powiązane w danym momencie z władzą polityczną. Przez wiele lat proceder ten na masową skalę miał miejsce np. w Argentynie.

Amerykański ekonomista Murray Rothbard sytuację spowodowaną przez inflację porównywał do rodzaju "wyścigów", w których decydującym jest, kto zdoła skorzystać z nowo wyemitowanych pieniędzy najprędzej. Ten przywilej należy zwykle do ludzi powiązanych z władzą. Z kolei końcówka "peletonu", czyli ci, którzy zostają wrobieni w straty, są określani w propagandzie jako "grupy o stałych dochodach".

Jak do tego dochodzi, opisał autor słynnych książek "Inflacja. Wróg publiczny nr 1" oraz "Ekonomia w jednej lekcji", wspomniany wcześniej Henry Hazlitt. Otóż rząd zwiększa ilość pieniądza w obiegu, bo chce wydawać więcej, niż jest w stanie uzyskać z podatków i obligacji. Tym samym rząd zaburza rynek, bo z samego faktu dodruku nie powstaje automatycznie więcej dóbr i usług. Co się dzieje dalej? Rząd realizuje zamówienia u jakiejś grupy przedsiębiorców – grupy A. Pierwszym rezultatem tych dodatkowych wydatków rządu będzie wzrost cen produktu przedsiębiorców grupy A oraz przekazanie dodatkowych pieniędzy do dostawców i ich pracowników. Grupa A i jej pracownicy zyskują zatem wyższe dochody finansowe. Skoro tak, to wydają zarobione pieniądze na konkretne towary i usługi, które zechcą kupić. To oznacza, że rośnie popyt, więc sprzedawcy tych następnych dóbr i usług (grupa B) mogą podnieść ich ceny. Grupa A kupuje, bo jest gotowa zapłacić wyższe ceny, niż obyć się bez tych dóbr. Grupa A dysponuje bowiem większą ilością pieniędzy, a waluta ma w jej oczach subiektywnie mniejszą wartość.

W efekcie dochody pieniężne producentów i pracowników z grupy B wzrosły. Teraz grupa B może zakupić więcej towarów i usług od jeszcze innej grupy, grupy C. Skoro tak, to grupa C podnosi swoje ceny i uzyskuje większy dochód, który wyda na zakupy u grupy D. I tak dalej, aż do momentu, gdy wzrost cen i dochodów finansowych obejmie praktycznie całe społeczeństwo. Kiedy proces inflacyjny dobiegnie końca, dochód niemal wszystkich, mierzony w kategoriach czysto pieniężnych, powinien być wyższy. Oczywiście, zakładając, że nie wzrośnie produkcja towarów i usług, odpowiednio wzrastać będą ceny dóbr. Społeczeństwo jako całość nie będzie więc bogatsze niż dawniej, bo ilość pieniądza w obiegu to jedno, a realna ilość bogactwa, to jednak co innego.

Majętność różnych grup i jednostek ulegnie zmianie w różnych sposób. Hazlitt pisze: "Proces inflacji z pewnością wpłynie na losy jednej grupy inaczej niż na losy innej. Grupy, które pierwsze otrzymały dodatkowe pieniądze, skorzystają najbardziej. Np. dochód pieniężny grupy A wzrośnie, zanim wzrosną ceny, tak że ludzie ci będą mogli kupić niemal proporcjonalnie większą ilość towarów. Dochody pieniężne grupy B podniosą się później, kiedy ceny będą już nieco wyższe. Jednak sytuacja grupy B w kategoriach rzeczowych poprawi się. Tymczasem członkowie grup, których dochód w kategoriach pieniężnych nadal w ogóle się nie zwiększył, zmuszeni będą płacić za kupowane towary wyższe ceny, co oznacza, że będą musieli się pogodzić z niższym niż dawniej standardem życia".

Widzimy więc, że cztery hipotetyczne grupy producentów: A, B, C i D, w czasie inflacji skorzystały z dochodów pieniężnych w pewnej kolejności. Grupa A kupowała nowe towary, gdy ceny nie zdążyły jeszcze wzrosnąć. Przywilej ten ominął grupę D. Zanim jej dochody wzrosły, ceny poszły już w górę. Czyli zyski, jakie dzięki inflacji osiągają pierwsze grupy producentów, powstają kosztem strat ponoszonych – jako konsumenci – przez te grupy producentów, które najpóźniej uzyskują możliwość podniesienia cen i płac. Gdy proces inflacyjny dobiega końca, teoretycznie wszystkie grupy powinny mieć wyższe dochody, niż przed jego rozpoczęciem, ale nie sposób już wyrównać zysków i strat poniesionych w okresie przejściowym.

Autorzy książki o prezydencie Argentyny Javierze Milei – Nicolas Marquez i Marcelo Duclos piszą: "świat rozstrzygnął już tę kwestię i żaden cywilizowany kraj nie omawia przyczyn inflacji, choć wszystkie one – w mniejszym lub większym stopniu – wynikają z bezkarnej przestępczości urzędniczej tak zwanych białych kołnierzyków". To właśnie w Argentynie, gdzie wieloletnie rządy socjalistyczne doprowadziły do hiperinflacji (1989 r.), kilkuset procentowej inflacji w latach następnych i zrujnowały kraj, pojawiła się koncepcja penalizacji finansowania wydatków państwowych podatkiem inflacyjnym.

Nieuzasadniona emisja pieniądza jako czyn przestępny

W książce "La inflación como delito" (Inflacja jako czyn przestępny) wydanej w 2023 roku Ricardo Manuel Rojas, uznany argentyński pisarz i prawnik proponuje, by urzędnicy państwowi i banku centralnego, którzy decydują się na prowadzenie polityki proinflacyjnej, po cichu okradając społeczeństwo z owoców jego pracy, odpowiadali za to przed sądem.

W perspektywie opisanej przez Rojasa inflacja stanowi jedną z form rabunku, przy czym rzecz jasna zasadniczo różni się od kradzieży pospolitej. O ile zwykły złodziej wie, że napad wiąże się z ryzykiem – może trafić do więzienia, a nawet zginąć w trakcie próby dokonania włamania czy rozboju, o tyle "białe kołnierzyki" odbierają ofiarom majątek całkowicie legalnie w majestacie prawa. Nie muszą więc przejmować się żadnymi konsekwencjami. Ich czyn – jak zauważył Lenin – jest w praktyce niewidoczny dla społeczeństwa, a jednocześnie nie daje możliwości obrony, co zdaniem argentyńskiego prawnika stanowi okoliczność szczególnie obciążającą.

Rojas argumentuje, że nadmierna emisja pieniądza – jako czynnik inflacyjny niewystępujący w gospodarce w sposób naturalny, tylko wywoływany konkretnymi decyzjami, konkretnych osób – powinna być kwalifikowana w porządku prawnym jako rodzaj fałszowania pieniądza. Jest to poważne przestępstwo, gdy dokona go tzw. zwykły obywatel, ale kiedy państwo rozwadnia wartość waluty poprzez nadmierną jej emisję, czyli na wielokrotnie większą skalę, prawo karne nie ma tu nic do powiedzenia.

Rojas proponuje zatem radykalne ukrócenie rządowych możliwości do "drukowania pieniędzy", realny zakaz finansowania deficytu państwa przez bank centralny i ustanowienie odpowiedzialności karnej wobec decyzyjnych urzędników za nadmierną emisję pieniądza. Być może taka dyskusja mogłaby odbyć się także w Polsce, np. przy okazji prac nad ewentualną nową Konstytucją RP.

Źródło: DoRzeczy.pl