Skradzione dzieci Reunionu
  • Anna SzczepańskaAutor:Anna Szczepańska

Skradzione dzieci Reunionu

Dodano: 
Dzieci z Reunionu
Dzieci z Reunionu Źródło: INA/FRANCE TÉLÉVISIONS
To jeden z najbardziej haniebnych epizodów w dziejach Francji. I jeden z najbardziej zapomnianych

Dwunastoletni Jean-Pierre Gosse w 1964 r. mieszkał w slumsach Sainte-Clotilde niedaleko stolicy Reunionu, Saint-Denis. Aby pomóc swojej samotnej matce, zbierał miedź i szkło z wysypiska śmieci. Pewnego dnia podeszło do niego dwóch pracowników socjalnych z paczką pod pachą. Musieli obserwować go od jakiegoś czasu. Wręczyli mu dwie plastikowe ciężarówki i cztery kostki cukru – były to podarunki dla niego i jego młodszego brata. „O której wraca twoja mama? Co robi twój tata? Gdzie śpisz?” – zaczęli wypytywać. Chłopiec zaprowadził ich do domu. W chacie panowały spartańskie warunki: lampa naftowa, piecyk, dwa łóżka. „To nie był czterogwiazdkowy hotel” – wspominał po latach Jean-Pierre. Pracownicy wrócili w niedługim czasie i zasugerowali matce, żeby wysłała go na obóz letni. Te słowa zabrzmiały w uszach czarnoskórej kobiety jak „prawdziwe wakacje dla małych białych dzieciaków”. Pozwoliła więc na wyjazd Jeana-Pierre’a. Nie było jednak żadnego obozu. Chłopak trafił do domu dziecka, a stamtąd do centralnej Francji. Swojej rodziny więcej już nie zobaczył.

Mieszkająca niedaleko Tulonu Sylvie pamięta ze swojego życia na Reunionie bardzo niewiele. Wie, że gdy miała cztery lata, na jej matkę doniosła nowa żona jej ojca. Sylvie i jej brat zostali zabrani z domu z powodu biedy. Ostatnią rzeczą, którą Sylvie pamięta z Reunionu, był płacz matki błagającej pracowników placówki, gdzie umieszczono jej dzieci, aby mogła się z nimi zobaczyć. Bezskutecznie. „Odmówili jej, bo… nie miała pracy. To był tylko pretekst. Niektórym matkom odbierano dzieci jedynie dlatego, że paliły papierosy” – wspomina Sylvie, która dopiero po latach pojęła, co się wtedy stało. Niedługo ona sama i jej roczny brat trafili na pokład samolotu, którym wylecieli do Francji. Rodzeństwo nigdy więcej nie ujrzało mamy. Był rok 1971.

Takich historii reuniońskich dzieci są setki. Pracownicy socjalni raz po raz znajdowali nowe powody, aby odbierać dzieci rodzicom; czasem siłą, a innym razem wykorzystując ich ufność, prostolinijność, a także analfabetyzm, manipulując przy tym ich emocjami. „To będzie dla pana dziecka najlepsze”, „Czy nie chce pani, aby dziecko skończyło studia?”, „Syn ma szansę zostać prawnikiem, pilotem, lekarzem. Czy to nie wspaniała perspektywa?”. Który rodzic odpowiedziałby na takie pytania przecząco? Ludzie zgadzali się na wyjazd dzieci, dostawali coś do podpisu i… więcej swoich dzieci już nie widzieli.

Dla małych Reuniończyków był to w większości przypadków początek wielkiej udręki. Gdy dzieci opuszczały rodzinny dom, stawały się już tylko dziewczyną lub chłopakiem „o ciemnej karnacji”, „Kreolem”, „czarnym”. Właściwie nikomu nie zależało na ich szczęściu, a chodziło tylko o to, żeby zabrać ich z wyspy. Nie silono się nawet na szukanie wiarygodnych powodów. W formularze wpisywano często zdawkowe, podobne do siebie formułki. Pochodzenie dziecka? „Wątpliwe”. Matka? „Nieciekawa”. Ojciec? „Pozbawiony poczucia odpowiedzialności”. Dieta? „Mało zbilansowana”.

„Czym zasłużyliśmy na taki los? Nie byliśmy bandytami ani przestępcami. Po prostu byliśmy dziećmi, które władze postanowiły odebrać kochającym nas rodzinom” – mówił starszy już mężczyzna, Michel Calteau, mieszkający we francuskim Limoges, który został wywieziony z Reunionu w 1958 r.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.