Jakub Rohrbach, nazywany Jacusiem kręcił się na krótkim łańcuchu przykutym do samotnej brzozy i niemiłosiernie wył. Płomienie z rozrzuconych w okręgu wokół niego polan sięgały mu już pasa. Żar palił nagie stopy. Gdyby nie skute żelaznymi obręczami ręce, pewnie wygrażałby swoim prześladowcom, którzy licznie zebrani patrzyli na jego kaźń. Na drzewach wokół wisiało już kilkudziesięciu chłopów. Reszta czekała na egzekucję, pilnowana przez uzbrojonych w piki i krótkie miecze rycerskich pachołków.
Na Wielkanoc 1525 r. dowodzący chłopskim oddziałem Rohrbach zdobył miasto Weinsberg i dokonał tam rzezi miejscowego patrycjatu i kleru. Znienawidzony hrabia Ludwig von Helfenstein i kilkudziesięciu dworzan schroniło się w wieży kościoła św. Jana, ale wściekli chłopi podpalili ją, zmuszając oblężonych do poddania się. Rohrbach kazał ich przepędzić przez "las włóczni". Zginęli przeciskając się między chłopami, tłukącymi ich niemiłosiernie kłonicami cepów i kłującymi widłami. Do "ostatniego tańca" przygrywał im na flecie były nadworny muzyk hrabiego Melchior Nonnemacher.
Wieść o tym szybko obiegła Niemcy. Hańbiąca szlachciców egzekucja sprawiła, że chłopi nie mogą już liczyć na pobłażanie. Jak pisał historyk Reformacji Łukasz Barański: "Rzeź w Weinsbergu, w Wielkanoc 16 kwietnia 1525 r. (…) wywołała szok w Niemczech, zjednoczyła ostatecznie władców ziemskich, a dla Lutra stała się bezpośrednią inspiracją do napisania gwałtownego i emocjonalnego pisma „Przeciw morderczym i zbójeckim bandom chłopskim”.
Kiedy miesiąc później Rohrbach smażył się na stosie, rebelia niemieckich chłopów już dogasała. Tydzień wcześniej powstańcy pod wodzą Thomasa Müntzera przegrali decydującą bitwę pod Frankenhausen. Jednym z nielicznych oddziałów prowadzących jeszcze walkę był hufiec "Czarnego Rycerza" Floriana Geyera.
Obdarci ze skóry
Wojna Chłopska, a raczej ciąg powstań i wystąpień, jakie miały miejsce na terenie obecnych Niemiec i Austrii w latach 20. XVI w. miała skomplikowane przyczyny. Obszary te po szalejącej w XIV w. epidemii dżumy zaczęły się gwałtownie rozwijać. Towarzyszyła temu zmiana tradycyjnego modelu gospodarki – z częściowo jeszcze towarowej na towarowo – pieniężną. Rolnictwo nie było w stanie wykarmić zwiększającej się populacji. Miasta nie rozwijały się już tak szybko, żeby przejmować nadwyżki wiejskiej ludności. Na wschodzie Europy zwiększające się ciężary pańszczyźniane i zmniejszający areał ziemi uprawnej nie sprzyjał tradycyjnej niemieckiej kolonizacji w tamtym kierunku. Do tego dochodziła akumulacja kapitału przez bankierskie rodziny Fuggerów czy Welkerów, którzy lokowali pieniądze w pierwsze manufaktury, położone zwykle na terenach wiejskich. Produkowane tam wyroby stanowiły poważną konkurencję dla miejskich rzemieślników, pozbawiając ich dochodu.
Wszystko to powodowało, że od drugiej dekady XVI w. ceny zaczęły gwałtownie rosnąć, a płace stały w miejscu. Do tego dochodziły częste lata nieurodzaju. Feudalni panowie, próbowali robić to, co ich odpowiednicy na wschodzie Europy, czyli zwiększać obciążenia chłopów. Tam jednak chłop co najwyżej popracował więcej na dziedzica, albo poudawał, że pracował. W każdym razie dalej potrafił bez problemu wyżywić rodzinę, do czego głównie sprowadzała się wtedy chłopska egzystencja.
Na Zachodzie dosyć bogaci, a często i wykształceni chłopi natychmiast odczuwali spadek swoich dochodów. W drastycznych przypadkach pogłówne wzrosło nawet dwudziestokrotnie. Chłopi zaczynali rozumieć, że wkrótce pójdą z torbami, a ich karczmy młyny a potem i pola przejmą feudałowie, księża albo bankierzy. Biedota nie miała co włożyć do garnka. Chłopom w oczy zaczęła zaglądać poniewierka i nędza. Do tego feudalni panowie zaczęli odbierać albo dowolnie traktować odwieczne przywileje, związane z pańszczyzną. Łowienie ryb w stawach i jeziorach, wypas bydła na łąkach czy wyrąb drzewa w lesie, stanowiące konieczną część wiejskiej egzystencji. Chłopi zaczęli nazywać te praktyki "oskrobywaniem i obdzieraniem ze skóry".
Ferment brata Marcina
Według legendy miarka przebrała się w czerwcu 1524 r. Wtedy hrabina von Lupfen ze Stuehlingen w Szwarzwaldzie miała zażądać od chłopów żeby nazbierali jej ślimaków. Ich skorupki potrzebne były na szpulki do nawijania nici. Rozsierdzeni chłopi ruszyli na zamek, niszcząc pańską własność i żądając przestrzegania prawa. Mąż hrabiny, Zygmunt II pisał później do przyjaciela „Nasi przodkowie spokojnie zarządzali hrabstwem Stühlingen przez 200-300, a nawet więcej lat. Poddani posłusznie wypełniali swoje obowiązki, takie jak podatki i usługi". Teraz się to skończyło.
Być może nie doszłoby do tego, gdyby nie ferment, który zasiał w niemieckich duszach Marcin Luter. On sam jak zwykle w swoim dosyć mętnym stylu wyjaśniał, w traktacie „O wolności chrześcijańskiej" z 1520 r., że „Chrześcijanin jest całkowicie wolnym panem wszystkich rzeczy, nikomu niepodległym". I dalej wykładał swoje nauki, a nawet palił papieskie księgi, zamiast siedzieć w więzieniu albo być przesłuchiwany przez inkwizytorów. Cesarz Karol V miał większe problemy, niż "niejaki brat Marcin".
Szybko ośmieliło to bardziej radykalnych kaznodziejów jak Thomas Müntzer czy Andreas Karlstadt. Zaczęli oni łączyć nauki Lutra o religijnej wolności z naukami o wolności ekonomicznej. Dla chłopów czy biedoty miejskiej połączenie niezwykle atrakcyjne, ale grożące wywróceniem ówczesnego porządku ekonomiczno – społecznego.
Müntzer i kilku innych kaznodziei, zwanymi "prorokami z Zwickau", zaczęło głosić kazania wprost wzywające do rozprawy z możnymi i klerem. Żeby nastało Nowe Jeruzalem, najpierw musieli zginąć "gnębiciele ludu bożego".
Podburzani chłopi i miejska biedota, zaczęli zbierać się w grupy, uzbrojeni w widły, cepy, kosy i siekiery, a nawet grzebienie do wełny. Kierując się Ewangelią zaczęli nazywać się "jasnymi hufcami". Z początku ewangeliczne zasady stosowali nawet w praktyce. Zbliżając się do miast, rycerskich zamków i klasztorów, najpierw wysyłali tam parlamentariuszy, zapytując, czy mieszkańcy chcą przyłączyć się do ruchu. Łączyło się to rzecz jasna z koniecznością podzielenia się posiadanymi dobrami. Dopiero w razie odmowy powstańcy przystępowali do szturmu, bezlitośnie łupiąc, niszcząc i paląc.
Jedna z pierwszych takich grup wyruszyła 24 sierpnia 1524 r. na Waldshut w Szwarzwaldzie. Dowodził nią były najemnik Hans Müller. Kazał on uszyć czarno – czerwono – żółtą flagę, na znak podległości cesarzowi i jego dawnym prawom, a nie pomniejszym panom feudalnym. Chłopi, jak we wcześniejszych powstaniach występowali pod chorągwiami ze znakiem "Bundschuh" – wiązanego buta niższych klas z długim sznurowadłem. Podczas plebejskich karnawałów oznaczał on świat, który stanął na głowie. Powstanie szybko zaczęło rozlewać się po Szwarzwaldzie i dolinie Renu, docierając do Alzacji, Turyngii i Frankonii. Nigdy jednak nie przekroczyło Łaby, umownie wyznaczającej granicę między gospodarką towarowo pieniężną, a folwarczno – pańszczyźnianą.
Zima średniowiecza
Stosując swoją taktykę chłopi odnosili ogromne sukcesy. W początkowym okresie powstania wiele miast, zamków i klasztorów poddawało się im bez walki. Nie miał ich kto bronić. Związek Szwabski, powołany do takich zadań był bezradny. Jego główna siła zbrojna, czyli landsknechci, zostali wysłani przez cesarza Karola V na wojnę do Italii. "Diabeł porwał wszystkich jeźdźców! Nie ma tu żadnego" – pisał lokalny dowódca Christoph Blarer do swojego brata – opata w Weingarten, kiedy ten poprosił go o wojskowe posiłki. Skuteczny opór zorganizowali Fuggerowie, których stać było na wynajęcie żołnierzy za granicą. Obroniła się ich główna siedziba Augsburg i prywatne miasto Weißenhorn. Opłacani przez nich najemnicy chronili też drogi, którymi szły warte setki tysięcy florenów towary.
Drugą przyczyną było powszechne przekonanie, że coś się kończy i coś się zaczyna. Średniowiecze ustępowało renesansowi. Skostniałe nauki papieża, ustępowały nowej nadziei, płynącej z kazań i pism Lutra. Wydawało się, że za chwile na ziemi zapanuje Królestwo Niebieskie.
W marcu 1525 r. w wolnym mieście Rzeszy Memmingen powstańcy założyli Unię Chrześcijańską i ogłosili swoje postulaty, spisane przez kuśnierza Sebastiana Lotzera i księdza Christopha Schappelera. W dokumencie znanym jako "12 Artykułów" żądali zniesienia pańszczyzny, obniżenia podatków, wyboru proboszczów przez parafian i przywrócenia starych praw do korzystania z lasów, pastwisk i wód. Dokument wydrukowano w liczbie 25 tys. egzemplarzy i rozdano chłopom. W odpowiedzi na artykuły Luter wydał „Napomnienie do pokoju", w którym wspierał chłopów, okazując zrozumienie dla ich ciężkiej doli. Wzywał też szlachtę i księży do ulżenia ich losowi. Jednocześnie potępiał przemoc i odmawiał chłopom prawa do buntu.
Większość chłopów była coraz bardziej rozczarowana takim rozwojem wypadków. Spodziewali się o ile nie rychłego nastania Królestwa Niebieskiego, to chociaż rozdania im klasztornych i zamkowych dóbr. Nie mogąc się tego doczekać, coraz częściej zaczynali sami je rabować.
Władze Związku Szwabskiego zwlekały z odpowiedzią na "Artykuły", grając na czas. Po wygranej przez Karola V pod koniec lutego 1525 r. bitwie pod Pawią z Italii zaczęli wracać landsknechci. Miejscowi rycerze i władcy zaczęli zbierać żołnierzy do rozprawy z chłopami. Ci z kolei zaczęli szukać doświadczonych dowódców, którzy mogli wyszkolić wieśniaków i poprowadzić ich w bój. Niektórzy, jak Ulryk Wirtemberski dołączali do powstania, szukając odwetu za stare krzywdy. Inni, jak znany jednoręki najemnik Götz von Berlichingen zostali do tego przymuszeni przez powstańców. Najbardziej niezwykły był chyba jednak przypadek Floriana Geyera.
Czarny Rycerz wchodzi do gry
Florian Geyer urodził się około 1490 r. na zamku w Giebelstadt w Dolnej Frankonii. Po śmierci ojca i braci stał się dziedzicem sporego majątku. Do czasu wojen chłopskich miał już za sobą poważną karierę wojskową i polityczną. W 1519 r. był dowódcą landsknechtów w starciach z Ulrykiem Wirtemberskim. W latach 1519-1521 wspierał Krzyżaków w wojnie z Polską i kierował negocjacjami pokojowymi. Do 1523 r. pozostawał na służbie Zakonu, podróżując po europejskich dworach i szukając dla niego wsparcia. Potem powrócił do rodzinnych dóbr, zajmując się ich prowadzeniem.
W kwietniu 1525 r. Geyer pośredniczył w negocjacjach z chłopskim oddziałem z doliny Rzeki Tauber, obozującym w Gerlachsheim w Badenii. Niespodziewanie zaoferował przystąpienie do grupy, co chłopscy przywódcy przyjęli z radością. Najbardziej brakowało im dowódców, którzy potrafiliby wyszkolić chłopskie masy i dowodzić nimi w boju.
Dlaczego Geyer przyłączył się do powstania? Z pewnością wpłynęły na to jego doświadczenia. Był on uważany za oddanego wyznawcę poglądów Lutra. Poznał go osobiście w 1523 r. w Wittenberdze, gdzie uczestniczył w rozmowach z nim wraz z krzyżackim mistrzem Albrechtem Hohenzollernem. Wcześniej, w 1512 r., przebywał w Anglii, na dworze Henryka VIII. Tam zetknął się z poglądami radykalnego kaznodziei Jana Wiklifa i spuścizną plebejskiego ruchu lollardów, występujących przeciwko nadużyciom i bogactwom kościoła i wzywających do równości społecznej. Miał też własne porachunki z Kościołem katolickim. W 1517 r. został ekskomunikowany z powodu zatargu z kanonikami z kolegiaty w Neumünster w sprawie o 350-letnie roszczenia czynszowe.
Prawdopodobnie więc kierowała nim chęć zaprowadzenia całkiem nowego, niezależnego od dotychczasowych władców porządku, w duchu prawdziwej równości. Na swoim mieczu wydrapał napis "Nulla crux, nulla corona" – "ani krzyż, ani korona".
Geyer zaczął szkolić powstańców w wojennym rzemiośle. Zaprowadzano dyscyplinę, zabroniono bluźnierstw, pijaństwa, hazardu i prostytucji. Chłopskie oddziały zorganizowano na wzór zawodowego wojska, tworząc z nich chorągwie z własnymi dowódcami. Byli też oficerowie odpowiedzialni za zaopatrzenie, wypłatę żołdu, a nawet zajmujący się łupami wojennymi.
Geyer wyposażył też własnym sumptem liczący 100-200 jeźdźców oddział konnicy. Jego członkowie nosili czernione zbroje i czarne płaszcze, przez co nazywani byli "Czarną Gromadą". Wyróżniali się też wyszkoleniem i dyscypliną. Formacja później liczyła około 600 jeźdźców – część chłopów stać było nawet na kupno własnej zbroi. Jednostka była jedynym oddziałem ciężkiej kawalerii w historii wojen chłopskich, walczącym po stronie rebeliantów.
W tym czasie wojsko Związku Szwabskiego zaczęło działania militarne. W bitwie pod Leipheim w Szwabii 4 kwietnia 1525 r. został rozbity chłopski wojenny tabor. Ponad tysiąc chłopów zostało zabitych albo utonęło w Dunaju, próbując przeprawiać się wpław. W odpowiedzi połączone chłopskie oddziały pod dowództwem Jakuba Rohrbacha stworzyły tzw. "Jasną Gromadę" i wraz z "Czarną Gromadą" Geyera zaatakowały Weinsberg, wyrzynając kilkudziesięciu chroniących się tam szlachciców. W tym męża nieślubnej córki cesarza Maksymiliana I – hrabiego Ludwiga von Helfensteina-Wiesensteiga. Hrabia był powszechnie znienawidzony przez poddanych. Posłańców, których Rohrbach wysłał żeby negocjować poddanie zamku kazał zastrzelić. Masakrę zdecydowanie potępił Luter. W pamflecie „Przeciw morderczym i zbójeckim bandom chłopskim" wezwał do zdecydowanej rozprawy z buntownikami i zabijania ich "jak wściekłe psy".
Chłopi przestali być postrzegani jako niegroźni prostacy, którzy uciekną na sam widok żołnierzy. Zmienili się w bezwzględnych morderców, grabieżców i gwałcicieli. "Lucyfer i jego aniołowie" – tak po Weinsbergu nazwał chłopów ksiądz Johann Herolt. Stało się jasne, że skończyły się negocjacje, a o rozwiązaniu konfliktu zdecyduje brutalna siła.
Koniec karnawału
Na początku maja w okolicach Würzburga we Frankonii oddział z doliny Tauber spotkał się z grupą z Odenwaldu dowodzoną przez Götza von Berlichingena i idącą z północy oddziałem z Bildhausen. Geyer przechwalał się, że ta armia liczyła ponad 20 tys. ludzi. Chłopi zaczęli pustoszyć zamki i klasztory w okolicy, podczas gdy miasta takie jak Würzburg czy Rothenburg przyłączały się do rebeliantów. Czy to z chęci wyrwania się spod władzy biskupów, czy też pod wpływem nacisków miejskiej biedoty. Czarna Gromada zaczęła budzić postrach wśród szlachty i duchowieństwa.
Ogólna sytuacja zaczęła się jednak zmieniać na niekorzyść rebeliantów. Część z nich – zwłaszcza miejska biedota – traktowały powstanie jako przedłużający się karnawał. Okazję, aby najeść się wreszcie do syta i upijać frankońskim winem. Bojowym zawołaniem niektórych oddziałów stało się hasło "Jemy gęsi!". Chłopi nie mieli jednolitego dowództwa. Zaraz po walkach wracali do gospodarstw i prac polowych. Kolejne "chłopskie parlamenty" usiłujące kierować ruchem i opanować sytuacje były rozrywane przez sprzeczne interesy pojedynczych miast i wsi.
Orgia rabunków i gwałtów wywoływała coraz większą panikę feudalnych panów i miejskiego patrycjatu. We Frankonii 13 maja margrabia Kazimierz Hohenzollern wyruszył z Ansbach na czele 600 jeźdźców, 1000 piechoty i z 16 działami, żeby zgnieść buntowników. Po drodze bezlitośnie rozprawiał się z rebelią. Całe wsie były łupione i palone, a powstańcy torturowani i wieszani. jeden z jego dowódców Augustin osobiście wyłupił oczy 58 chłopom, którzy "nie chcieli widzieć margrabiego". Na początku czerwca oddział z Odenwaldu został rozgromiony pod Königshofen. Berlichingen zdołał uciec i schronić się swoim zamku. Potem przekonywał, że został przez chłopów zmuszony do walki. 4 czerwca kolejny chłopski oddział został pokonany pod Ingolstadt, gdzie zginęło około 4 tys. chłopów. Trzy dni później poddali się powstańcy z Würzburga. Powstanie we Frankonii upadło.
Wcześniej, bo 15 maja chłopska armia Thomasa Müntzera została całkowicie rozbita przez landsknechtów pod wodzą landgrafa Hesji Filipa Wielkodusznego pod Frankenhausen w Turyngii. Zginęło ponad 6 tys. powstańców. Sam Müntzer uciekł z pola bitwy i ukrywał się w mieście, udając obłąkanego. Nie ochroniło go to przed katowskim mieczem, przed którym położył głowę po torturach 27 maja. Z łatwością zostały też pokonane słabe siły powstańców w Palatynacie.
Resztki Czarnej Gromady ciągle utrzymujące dyscyplinę powróciły do Ingolstadt. Obsadzili oni ruiny miejscowego zamku. Po kilku szturmach i podciągnięciu przez oblegających ciężkiej artylerii, została wybita dziura w murze, przez którą napastnicy wdarli się do środka. Z obrońców nikt nie ocalał.
Geyer przebywał wówczas w Rothenburgu, próbując podjąć mediację ze swoim dawnym przełożonym Kazimierzem Hohenzollernem. Czekał tam na eskortę, którą miał przysłać po niego margrabia. Władze miejskie po porażkach pod Königshofen i Ingolstad nakazały mu opuścić miasto. Rycerz ruszył na północ w towarzystwie dwóch pachołków swojego szwagra, znanego awanturnika Wilhelma von Grumbacha, który obiecał mu pomoc. Nocą z 9 na 10 czerwca w lesie Gramschatzer Wald koło Würzburga słudzy zabili i ograbili Geyera, ukrywając potem jego ciało. Miejsce pochówku do dzisiaj jest nieznane.
Chłopska rebelia tliła się jeszcze w niektórych miejscach do początków 1526 r., ale chłopi osiągnęli pewne ustępstwa jedynie w Tyrolu. W pozostałych częściach Niemiec jej skutkiem była całkowita pacyfikacja chłopstwa i obciążenie jeszcze większymi ciężarami. Pacyfikacja bardzo skuteczna, bo następne większe wystąpienia niższych klas w Niemczech to dopiero Wiosna Ludów. Zginęło od 70 do 100 tys. chłopów. Straty ludzkie były tak znaczne, że niemieckie państewka nie były w stanie wystawić sił do obrony jeszcze sto lat później – podczas Wojny Trzydziestoletniej, pozwalając na wyniszczające walki i przemarsze wojsk.
Burza i napór
Pamięć o Florianie Geyerze przetrwała w alternatywnych nurtach niemieckiej historiografii. Z mroków zapomnienia wyciągnął go w połowie XIX w. Friedrich Engels, w swojej książce "Wojna chłopska w Niemczech" opisującej ją przede wszystkim jako walkę klas. Geyer został tam przedstawiony jako przedstawiciel klasy wyższej, który sprzymierzył się z protoplastami proletariatu przeciw feudalnemu uciskowi. Engels, jak często mylił się również i tutaj. Buntowali się chłopi z najbogatszych części ówczesnych Niemiec, a dużą rolę odgrywały idee reformacji. Chłopi na wschód od Łaby nie buntowali się prawie wcale.
Pod koniec XIX w. bohaterem swojego dramatu uczynił go Gerhart Hauptmann. Pisarz, w swoich dziełach zwykle podnosił tematy biedy, wyzysku i nierówności społecznych. Opisując los nędzarzy dorobił się niemałej fortuny, za którą wybudował olbrzymią willę w dzisiejszym jeleniogórskim Jagniątkowie, przez której witrażowe okna mógł spoglądać na oszałamiającą panoramę Karkonoszy. Tudzież oddać się tam pisaniu literatury lżejszego kalibru.
Florian Geyer u Hauptmanna to przede wszystkim symbol jedności Niemiec, rozrywanych religijnymi, ekonomicznymi i ambicjonalnymi sprzecznościami. Pisarz zauważał przy tym, że główna przeszkoda dla zjednoczenia tkwi nie w zagrożeniach zewnętrznych, ale w obłudnym niemieckim charakterze, uniemożliwiającym osiągnięcie porozumienia. Idealistyczny Geyer Hautpmanna w końcowej scenie zdaje sobie sprawę, że musi ulec mordercom, którzy ucieleśniają całe zło ludzi, którym zdecydował się służyć. Przedstawiony jako jego antagonista Götz von Berlichingen w porę wyrzeka się ideałów, i dożywa w dostatku sędziwego wieku na swoim zamku.
Sztuka wystawiana w różnych teatrach w Niemczech z popularnym aktorem Rudolfem Rittnerem wywołała mieszane uczucia. Zarzuty były różne. Od skoncentrowania się na Geyerze, zamiast na chłopach i ich słusznych postulatach, przez deprecjonowanie ich walki, do zarzutów o chęć zbytniej liberalizacji "niemieckiego ducha". Poniekąd potwierdzało to, że Hauptmann miał rację.
Niemiecki rycerz wypływał również na powierzchnię podczas kolejnych niemieckich okresów "burzy i naporu". W roku 1920 niemiecki działacz młodzieżowy Fritz Sotke zaaranżował melodię do wiersza "Wir sind des Geyers schwarzer Haufen" ("Jesteśmy Czarną Gromadą Geyera"). Utrzymana w stylu marszowym piosenka szybko zdobyła popularność i była śpiewana przez uczestników ruchów politycznych od lewa do prawa. W jej refrenie powtarza się fraza "Włócznie do ataku! Naprzód marsz! Niech nad klasztornym dachem rozbłyśnie czerwony kur!". Sam Sotke w 1932 r. wstąpił do NSDAP i był potem autorem wielu pieśni dla Hitlerjugend. Piosenka znajdowała się w śpiewnikach zarówno SS, jak i enerdowskiej Nationale Volksarmee. Była wykonywana również po II wojnie światowej, m.in. przez mega gwiazdę niemieckiego folku Heino. Śpiewając ją piosenkarz mrugał okiem do grzecznych i układnych pod amerykańskim butem, ale stęsknionych mocniejszych wrażeń jak za dawnych lat obywateli Bundesrepubliki. Na co z kolei przymykały oko jej władze.
Od 1925 r. sztuka o Geyerze, napisana przez Nikolausa Feya była wystawiana w Giebelstadt, w ruinach rodowego zamku Geyerów i cieszyła się sporą popularnością. Naziści widzieli nawet w głównym bohaterze protoplastę Hitlera.
Podczas II wojny światowej imię Geyera otrzymała 8. Dywizja Kawalerii SS. Brała ona udział w zwalczaniu sowieckiej partyzantki i mordowaniu Żydów. W lutym 1945 r. została okrążona i rozbita w Budapeszcie. Z ponad 13 000 jej członków z okrążenia wydostało się zaledwie 170. Götz von Berlichingen też miał "swój" oddział – 17. Dywizję Grenadierów Pancernych SS. Po wojnie, w NRD imię Geyera otrzymał 3. Pułk Graniczny, chroniący granicy w okolicach Zamku Wartburg, w którym kiedyś schronił się Luter.
Hitlerowcy honorowali Geyera, żeby schlebić części społeczeństwa, która wierzyła, że nazizm przyniesie rewolucję społeczną. Zwłaszcza członków SA, a nawet nawróconych komunistów, których było w III Rzeszy całkiem sporo. Dla władz NRD rozprawiający się ze szlachtą i palący klasztory dowódca Czarnej Gromady też był atrakcyjny propagandowo. Musiał więc – jak zauważył przenikliwy obserwator Hauptmann – kolejny raz ulec swoim prześladowcom, którzy wykorzystali go do swoich celów. Szczęśliwie od wielu lat nic już o nim nie słychać, co może świadczyć o definitywnym uspokojeniu naszych zachodnich sąsiadów.
Czytaj też:
Reformator czy szkodnik? Tezy Lutra odbiły się szerokim echemCzytaj też:
Will Peuckert. Zapomniany znawca mroków niemieckiej duszyCzytaj też:
To była rzeź. Największa katastrofa w dziejach Rzymu i chwała Gwardii SzwajcarskiejCzytaj też:
Niemcy na froncie walki z tradycją. Jak wypaczali Boże Narodzenie
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
