Pisarze donosów
  • Krzysztof MasłońAutor:Krzysztof Masłoń

Pisarze donosów

Dodano: 
Kazimierz Koźniewski
Kazimierz Koźniewski Źródło: PAP / Longin Wawrynkiewicz
Służba Bezpieczeństwa zbierała „haki” na interesujące ją postaci, zdarzali się też ochotnicy, którzy o współpracę z bezpieką sami prosili. Zdarzali się pisarze zachwyceni pomocą uzyskiwaną via Rakowiecka, ale byli i tacy, którzy po pierwszych przykrych doświadczeniach chcieli wyrwać się z żelaznego uścisku MSW. Jednak nie było to łatwe.

Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” z właściwym sobie, nieco szubienicznym poczuciem humoru opowiadał, jak to w Pałacu Mostowskich zrobiono z niego policyjnego konfidenta. Następnie nachodziły go łapsy, namawiając do sporządzania donosów i nie przyjmując do wiadomości oświadczeń początkującego pisarza, że „wszystko, co mogę zrobić, to napisanie donosu na samego siebie”. W końcu wyczerpany nękaniem przez UB opowiedział o wszystkim znajomemu pracującemu ponoć kiedyś w Informacji Wojskowej. „Uśmiał się serdecznie i obiecał pomóc. Powiedział przy tym: – Nic się nie przejmuj, synu. Powiadają, że młody Adaś Mickiewicz też zajmował się donosami. Daniel Defoe był agentem policji. Tak samo mówią o Kraszewskim; tak samo o Brzozowskim. Idź dalej śmiało tą drogą. Ale jeśli nie chcesz, pomogę ci”.

Czytaj też:
Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Jak pisał Hłasko, smutnych panów z Urzędu Bezpieczeństwa już nigdy nie zobaczył. Jednak pozostała specyficzna za nimi tęsknota: „… oni przecież dali mi podnietę twórczą i czasami pisząc donosy, dawałem się ponosić fantazji, a wtedy cytowałem wymyślone przeze mnie wypowiedzi i wkładałem je w usta swoich ofiar, dbając jednak przy tym, aby każda z postaci mówiła odrębnym stylem i używała odrębnych sformułowań”. Powie ktoś: żarty, ale wnioski, jakie wysnuł Hłasko ze swej „przygody” z bezpieką, są zastanawiające. „Gdyby mój dorobek pisarski – rozważał pół żartem, pół serio – upoważniał mnie do dawania rad młodym, powiedziałbym im: każdy z was powinien przez jakiś czas popracować dla tajnej policji, aby wyrobić sobie styl i jasność myślenia. Książki trzeba pisać tak jak donosy, pamiętając przy tym, że głupio napisany donos może zniszczyć przede wszystkim ciebie”.

Oto pięć krótkich opowieści o tych ludziach pióra, którzy z najrozmaitszych powodów szlifowali swój styl, uprawiając jeden z najstarszych zawodów świata: delatorstwo.

Andrzej Szczypiorski (1928–2000)

Utalentowany publicysta i propagandysta, w końcu życia uznany został – najpierw w Niemczech, a zaraz potem w Polsce, bo taka hierarchia i kolejność obowiązuje w naszym dumnym kraju – za wybitnego prozaika. Stało się tak za sprawą jego powieści „Początek”, wydanej w Niemczech jako „Piękna pani Seidenman”. Niemcy pokochali tę książkę i jej autora, gdyż zdejmował z nich przynajmniej część winy za Holokaust, przerzucając ją na Kościół i Polaków, o których pisał m.in.: „Cechy charakterystyczne społeczeństwa polskiego to: alkoholizm, nieuczciwość, brak tolerancji względem inaczej myślących, nieposzanowanie pracy, zarówno cudzej, jak i własnej. Wypadałoby zapytać, czy takiemu społeczeństwu przysługuje miano chrześcijańskiego”.

Z innych książek Andrzeja Szczypiorskiego karierę zrobiła „Msza za miasto Arras”. Monodram oparty na tym właśnie utworze Andrzeja Szczypiorskiego, znanego również jako TW „Mirek”, a wsławionego donoszeniem na własnego ojca, przedstawił na antenie TVP Kultura Janusz Gajos. Dla uczczenia, jak się dowiedzieliśmy, 250-lecia teatru publicznego w Polsce. To doprawdy rozbrajające, że – niezależnie od wartości „Mszy…” – na Woronicza nie doszukano się sztuki, która mogłaby lepiej uświetnić ten jubileusz.

Jako współpracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego już w latach 50. wyjechał na placówkę dyplomatyczną do Danii. Po Październiku ’56 ściśle współdziałając z SB, ściągnął do kraju swojego przebywającego na emigracji ojca, działacza przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej.

Ciekawe, że donoszenie było specjalnością rodziny Szczypiorskich. W sumie dla bezpieki pracowało siedmiu członków tej familii, w tym bracia i siostry sławnego moralisty oraz miłośnika zwierząt. Na przykład w milicji pracowała po wojnie jego stryjenka, w czasie okupacji łączniczka i sekretarka Pawła Findera i Marcelego Nowotki. Sam Andrzej Szczypiorski zasilił wtedy szeregi Armii Ludowej, walczył w powstaniu warszawskim, po którym został aresztowany i wywieziony do obozu w Sachsenhausen. Komunistycznej władzy służył gorliwie do lat 70., gdy stopniowo coraz wyraźniej dystansował się od niej. Po tym, jak wyrzucony został z redakcji „Polityki”, powszechnie uznano go za opozycjonistę – co potwierdziło jego internowanie po 13 grudnia 1981 r. – i wybrano w 1989 r. na senatora. Zanim to się stało, na wzmożone zainteresowanie jego osobą ze strony Służby Bezpieczeństwa odpowiadał z kolei syn pisarza zarejestrowany jako tajny współpracownik o kryptonimie Gaweł. Rodzinna tradycja została tym samym kontynuowana.

Kazimierz Koźniewski (1919–2005)

Konfident szkodliwy i wytrwały, donoszący na wszystkich wokół, na członków swojego pisarskiego związku, kolegów redakcyjnych, towarzyszy z tej samej co on organizacji partyjnej. „Tak naprawdę – pisała Joanna Siedlecka – na wszystko, co się rusza i na co dostał obstalunek – pogrzeb Jasienicy czy Stawara, emigranta Aleksandra Forda oraz każde ważniejsze zebranie w Związku Literatów. Zawsze znalazł materiał na donos”.

Tajnym współpracownikiem był do roku 1955, potem – po wstąpieniu do PZPR – miał status kontaktu obywatelskiego i konsultanta, co niczego nie zmieniało w jego kontaktach z SB. Wciąż jako „33” brał pieniądze od swoich mocodawców, choć chyba nie względy materialne decydowały o tej, ukrytej przed czytelnikami, twórczości autora „Piątki z ulicy Barskiej”. Zdaniem Leopolda Tyrmanda „niezmiernie oddany regime’owi jest za to hojnie nagradzany, aż do nagrody państwowej włącznie. Ale nie robi tego dla pieniędzy, raczej dla sławy, nazwiska, popularności, osiągnięć i błyszczenia”.

Mimo tego, że podejrzewany był o współpracę z bezpieką, udawało mu się zachowywać przyjaźń ludzi dużego nawet formatu, na przykład Kisiela. Zręcznie udawał przed nimi państwowca, wiecznego harcerzyka (na instruktorów ZHP, a szczególnie na kadrę Szarych Szeregów, donosił oczywiście równie gorliwie jak na innych, co nie przeszkadzało mu w kręgu kwatery głównej związku uchodzić za obrońcę tradycyjnych harcerskich wartości), ideowca o lewicowych poglądach społecznych. Z biegiem lat coraz trudniej było mu utrzymać się w ramach takiego wizerunku. Po tym, jak zachował się na procesie Melchiora Wańkowicza, na którym pogrążył zeznaniami swojego rzekomego przyjaciela, a nawet niedoszłego teścia, autor „Bitwy o Monte Cassino” w rozsyłanej znajomym charakterystyce Koźniewskiego nazwał go, zgodnie z prawdą, „kapusiem, agentem, kanalią, kameleonem i kundlem”.

Odtąd pogrążał się coraz bardziej. Po 13 grudnia 1981 r. stał się jednym z najgorliwszych chwalców stanu wojennego, za co nagrodzono go redakcją tygodnika „Tu i Teraz”, który pod jego światłym kierownictwem stał się czołową reżimową szmatą. Gdy w 1985 r. odebrano mu pismo, potraktował to jako osobistą zniewagę, afront, który spotkał go za… liberalizm i polityczną otwartość.

Przez dłuższy czas dziwiono się, że ktoś mający taką jak on piękną kartę okupacyjną (współtworzył PLAN, jedną z pierwszych konspiracyjnych organizacji, był w polskim wojsku we Francji, wysłany został jako kurier do Polski, ale aresztowano go w Budapeszcie i więziono przez półtora roku, następnie działał w Departamencie Informacji Delegatury Rządu i dowództwie Szarych Szeregów), przeszedł aż taką duchową przemianę. W istocie okazało się, że sypał już na Węgrzech i prawdopodobnie tam właśnie został „przeorientowany”. W PRL sam zgłosił się do towarzyszki Brystygierowej, wyjawił swoje konspiracyjne grzechy, zaoferował współpracę, został więc już oficjalnie zwerbowany przez ubecję. Jego pierwszy raport pochodził z roku 1947.

Andrzej Kuśniewicz (1904–1993)

Opiewał nieistniejącą, wielokulturową Galicję, w siermiężnym PRL olśniewając smakiem i kunsztem literackim, zawstydzając wręcz nas – maluczkich swoją europejskością. Bodaj tylko Marian Brandys poznał się na nim. „Coraz większe obrzydzenie czuję do pana K. Stara pieszczotka. Książątko Ponińskie. Wiewiórka z tym swoim łebkiem i łapkami. Musi się w tym ciałku kryć niezłe piekło” – pisał w swoim „Dzienniku”. No i było to inferno: już od 1953 r. był Kuśniewicz wykorzystywany przez ubecję do rozpracowywania środowisk emigracyjnych, a siedem lat później został zarejestrowany jako kontakt poufny SB (był członkiem PZPR, i to od zawsze) o kryptonimie Andrzej.

Artykuł został opublikowany w 2/2016 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.