Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Marek Hłasko w 1957 r.
Marek Hłasko w 1957 r. Źródło: PAP
  • Krzysztof MasłońAutor:Krzysztof Masłoń
Dodano: 
Autorom mniej i bardziej sensownych tekstów o Marku Hłasce nieraz mylił się prawdziwy życiorys z tym, co napisał on w swoim „łże-pamiętniku”. Władysław Tubielewicz, kompan Hłaski z jego okresu izraelskiego, twierdzi, że „Marek kosił baby jak ułan”.

Jego legenda przyćmiła to, co stworzył, a przecież debiutancka książka Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach” uznana została – w istocie jednogłośnie – za kamień milowy w rodzimej literaturze otrząsającej się z socrealistycznej zapaści. Nikt jednak wówczas nie zauważył, że sam autor w swoim pisarstwie tym samym socrealizmem się żywił.

Jeśli zaś chodzi o wartość opowiadań, które złożyły się na ów debiut nad debiuty, to po latach człowiek bez złudzeń raczej, a mianowicie Jerzy Pilch, podsumował je miażdżąco: „Jest to, być może, jeden z najbardziej zdumiewających epizodów literatury powojennej […]. Czternaście lichych opowiadań utrafiło bowiem w czas, który z debiutanta uczynił klasyka. […] Przypisanie Hłasce waloru arcydzielności jest kłopotliwym spadkiem po epoce, którą rzekomo pisarz ten przekreślał, a w której tkwił po uszy”.

W czasach stawiających na piedestały literaturę proletariacką nikt inny nie mógł uprawiać jej tak wzorowo jak, oczywiście, proletariusze. Taki też robociarski życiorys zbudował sobie urodzony 14 stycznia 1934 r. prozaik. Tadeusz Konwicki miał stuprocentową rację, pisząc o autorze „Drugiego zabicia psa”, że „udawał szoferaka ten potomek karmazynów, co zasiadali w pierwszych krzesłach dawnej Rzeczypospolitej”. Udawał zresztą zawsze kogoś innego. W ankiecie Związku Literatów Polskich napisał, że jego matka jest praczką, a ojciec był strażakiem. Skądinąd nie mijało się to do końca z prawdą, gdyż dziadek Marka był komendantem Straży Ogniowej miasta Warszawy, a ojciec Maciej – zmarły w 1939 r. radca ministerialny – kontynuował rodzinne zainteresowania pożarnictwem, publikując broszurę „Gore! Jak bronić się przed pożarem”.

Henryk Dasko pisał: „Pytania o nie w pełni zrozumiałą nieśmiertelność Hłaski dawno wykroczyły już poza sferę literatury i dotyczą raczej mechanizmów zbiorowej pamięci. Oficjalna obecność Marka Hłaski w Polsce trwała zaledwie cztery lata – debiutował w 1954 r., a w lutym 1958 wsiadł do paryskiego samolotu, wyruszając w podróż, z której już nie wrócił”. Szeptem się mówiło: „Wybrał wolność”. On sam w „Pięknych dwudziestoletnich” tak opowiadał o tym swoim wyborze:

[…] wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów, miałem dwadzieścia cztery lata, byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy. I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę.

Ci wszyscy, którzy chcieli pogrzebać go za życia, się pomylili. Dane było mu życie niedługie (zmarł 14 czerwca 1969 r. w RFN, w Wiesbaden), ale pisarsko owocne, choć niespełnione. W istocie bowiem żadna z jego powstałych we Francji, w Niemczech, Izraelu i Stanach Zjednoczonych książek nie spełniła oczekiwań – przyznajmy, nadmiernie rozbudzonych. Z dzisiejszego punktu widzenia za najciekawszą z nich uznać należy wydanych w 1966 r. u Jerzego Giedroycia „Pięknych dwudziestoletnich”, wspomnienia niekoniecznie zgodne z faktami, za to pełne czegoś, co sam pisarz nazywał prawdziwym zmyśleniem.

Książka ta, przez cały czas PRL zakazana, zwracała uwagę swoją jasno, bez ogródek stawianą diagnozą polityczną, co było o tyle zaskakujące, że wcześniej Hłasko unikał opowiedzenia się wprost „za” komunizmem lub „przeciw” niemu. Tutaj już napisał tak wyraźnie, że dobitniej nie można: „I cóż można powiedzieć więcej o Polsce poza tym, iż przestała istnieć w dniu, w którym speaker Radia Moskiewskiego powiedział: DZISIAJ, SIEDEMNASTEGO STYCZNIA TYSIĄC DZIEWIĘĆSET CZTERDZIESTEGO PIĄTEGO ROKU NASZE PEŁNE CHWAŁY WOJSKA OSWOBODZIŁY MIASTO WARSZAWĘ. WIECZNA SŁAWA BOHATEROM ARMII CZERWONEJ POLEGŁYM W DZIELE OSWOBODZENIA OJCZYZNY. ŚMIERĆ NIEMIECKIM NAJEŹDŹCOM. STALIN”.

Wobec kobiet był konsekwentny

A poza tym pisał w gruncie rzeczy o jednym – o miłości, nieszczęśliwej, fatalnej, skazanej na klęskę. Ze szczególnym upodobaniem – o nikczemności kobiet. W „Najświętszych słowach naszego życia” (1955) chłopak, ubierając się po nocy spędzonej z dziewczyną „[...] nie śmiał przy tym dotknąć własnego ciała. Czuł ją ciągle przy sobie; aż po czubki włosów wypełniony był owym dziwnym, cięższym od ołowiu, boleśniejszym od męki umieraniem, słodszym od najpiękniejszych wierszy uczuciem, jakie daje noc z kimś, na kogo czekało się przez tysiąc chwil, kogo pragnęło się przez wiele bezsennych nocy, kogo widziało się w każdej na ulicy spotkanej twarzy, kogo oczekiwało się przy każdym pukaniu do własnych drzwi; przez kogo nienawidziło się nieba, ziemi i ludzi; i przez kogo kochało się wszystko”. Niestety, zaraz dowiaduje się od kolegi z pracy, że jego ukochana Baśka to „starsza kurwa jak my złodzieje”. I tyle pozostaje z wielkiego uczucia.

Barbara Stanisławczyk w swoich „Miłosnych grach Marka Hłaski” opowiedziała, po kolei, o kobietach w życiu pisarza. Było ich niemało, a przynajmniej połowa z nich to postaci nietuzinkowe, wybitne – sławna aktorka czy autorka tekstów największych przebojów polskiej muzyki rozrywkowej, tytułowa bohaterka Hłaskowego „Opowiem wam o Esther”.

Zdaniem Zygmunta Hertza Hłasko „nie miał wielkiej skłonności do kobiet, stąd jego powodzenie, przez obojętność. [...] Właściwie nienawidził kobiet: matkę, Sonię, inne, które znam, traktował en canaille. I tak poszło”.

Artykuł został opublikowany w 8/2013 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.